Podróże
Vademecum Stylu
Kultura

Wybierz coś dla siebie

Softshell | Co to za materiał?


Ostatnio coraz go więcej. Softshell tak jak sportowcy, pokochały elegantki. Fakt, da się z niego uszyć wiele, ale czy to dobry materiał? Z czego się składa i komu służy? Jakie softshell ma wady i zalety?

Softshell materiał, tkanina softshell, softshell buty, Softshell na wiatr, Softshell nad morze, Softshell na narty, moda, Vademecum Stylu, softshell polar, Softshell
salewa.com


Softshell to w miarę nowa tkanina, obecna na rynku od kilkunastu lat i systematycznie zdobywająca coraz większą popularność. Początkowo wykorzystywano ją wyłącznie do szycia odzieży sportowej, outdoorowej, turystycznej i wspinaczkowej. Miała zapewniać właściwości, jakie daje kilka warstw ubrań: bielizna termoaktywna, okrycie ocieplające (np. polar) i kurtka zewnętrzna z membraną. Krótko mówiąc softshell miał chronić przed wiatrem, charakteryzować się dużą oddychalnością i zapewniać izolację termiczną. I choć od momentu powstania materiału jego skład i przeznaczenie nieco się zmieniły, główna zasada pozostaje ta sama - softshell chroni przed zimnem i wiatrem, jest przydatny praktycznie o każdej porze roku. Szyje się z niego typowo turystyczną garderobę, ale fasony coraz częściej pozwalają poczuć się modnie, na czasie. Ot, choćby w sukience czy spódnicy uszytej z tego materiału.

 

Kiedy przydaje się softshell


Materiał chroni organizm zarówno przed jego wychłodzeniem, jak i przegrzaniem. Zasadniczo składa się z dwóch warstw: bliżej ciała znajduje się flis polarowy zapewniający komfort termiczny oraz zapobiegającej wyziębieniu organizmu. Druga warstwa to gęsto tkany materiał, wykończony specjalną impregnacją DWR (Durable Water Resistant). Impregnacja DWR sprawia, że materiał jest wiatroodporny i oddychający, ale też w pewnym stopniu wodoodporny. Nie chłonie wody, brudu i zanieczyszczeń. Co ważne, modele z membraną zapewniają nie tylko komfort cieplny i chronią przed wiatrem, ale radzą sobie z mżawką i opadem śniegu.

Softshell na narty i nad morze

 

Czytaj też
Akryl - co to za materiał?
Wełna dziewicza - co to za materiał?
Poliamid (nylon) - co to za materiał?

 

Okrycie z materiału softshell dba o to, by nasze ciało czuło się komfortowo niezależnie od pogody. Z ubrań wykonanych z tej tkaniny korzystają przede wszystkim osoby wykonujące aktywności sportowe, w których materiał nie może krępować ruchów - np. nordic walking, jogging, trekking. Kurtki, spodnie, czapki czy rękawice idealnie sprawdzają się podczas górskich wycieczek, spacerów nad morzem. Materiał jest nieprzewiewny, dzięki czemu chroni przed wiatrem. Na parametry dotyczące oddychalności ma wpływ rodzaj zastosowanej membrany - na ten parametr należy zwrócić uwagę podczas zakupów.

Poliester. Materiał, który lepiej omijać z daleka
Akryl - co to za materiał?
Wiskoza - co to za materiał
Wełna dziewicza - co to za materiał?


To, gdzie i kiedy będziemy mogli korzystać z ubrań wykonanych z softshellu, zależy od grubości materiału. Wyposażone w grubą wewnętrzną warstwę, mogą być wykorzystywane nawet zimą. Ubrania bez ociepliny sprawdzą się w wietrzne dni np. latem. Warto mieć to na uwadze.

Pamiętajmy też, że aby okrycie z softshellu spełniało swoje zadanie, powinno być dobrze dopasowane - ani zbyt ciasne, ani zbyt obszerne - powinniśmy czuć się w nim wygodnie, kiedy założymy pod spód polar czy sweter.

M.

Sprawdźcie, jeśli szukacie czegoś odpowiedniego

http://tidd.ly/5d024706


Café Bristol | Stylowe miejsce na śniadanie, lunch, deser

 

Jest jak dawniej, jak sto lat temu. Przy niewielkich stolikach siedzą elegantki, w powietrzu unosi się zapach świeżo parzonej kawy, a z gablot uśmiechają się kolorowe jak motyle ciastka. W warszawskiej Café Bristol brakuje tylko Bodo i Dymszy. Zakochałam się w miejscu, które niczym czarodziejski wehikuł przenosi do przedwojennej Warszawy. Uwodzi stylem, klasą, elegancją. To idealne miejsce na śniadanie, lunch albo na relaks przy ciastku.


TOP 10 miejsc na śniadania w Warszawie, Tort Bristol, Śniadanie w Warszawie gdzie zjeść, Cafe Bristol, warszawa, hotel, śniadanie, Podróże, kuchnia, lunch, deser, ciasto, ciastka, florentynki, restauracja,
fot. SoShe.pl
TOP 10 miejsc na śniadania w Warszawie, Tort Bristol, Śniadanie w Warszawie gdzie zjeść, Cafe Bristol, warszawa, hotel, śniadanie, Podróże, kuchnia, lunch, deser, ciasto, ciastka, florentynki, restauracja,
fot. SoShe.pl
TOP 10 miejsc na śniadania w Warszawie, Tort Bristol, Śniadanie w Warszawie gdzie zjeść, Cafe Bristol, warszawa, hotel, śniadanie, Podróże, kuchnia, lunch, deser, ciasto, ciastka, florentynki, restauracja,
fot. SoShe.pl
TOP 10 miejsc na śniadania w Warszawie, Tort Bristol, Śniadanie w Warszawie gdzie zjeść, Cafe Bristol, warszawa, hotel, śniadanie, Podróże, kuchnia, lunch, deser, ciasto, ciastka, florentynki, restauracja,
fot. SoShe.pl




Słodkości są tu rewelacyjne, warte grzechu, podobnie jak kawa. Znam kilka osób, które wpadają tu na kremówki, ciastko pralina albo po pudełeczko florentynek, z których słynie hotel Bristol. Podobno receptura na legendarne florentynki strzeżona jest przez kolejne już pokolenie cukierników. Powinniście też wiedzieć, że najstarszymi recepturami, które do dziś są wykorzystywane w hotelowej cukierni, są przepisy na babkę piaskową i faworki, a pochodzą jeszcze z początku XX wieku. Tutejszym flagowym smakołykiem jest też czekoladowy Tort Bristol na delikatnym biszkopcie. Ciasta są nie tylko smaczne, ale też starannie wykonane, z sezonowych składników. Jeśli gustujecie w specjałach przygotowanych w sieciowych kawiarniach, spróbujcie koniecznie tutejszych wypieków, będziecie mile zaskoczeni.

To idealne miejsce na poranne przebudzenie. Swoje kroki powinni skierować tu wybredni smakosze śniadań, ale nie tylko. Można tu też wpaść na lekki lunch albo na deser.

Wróćmy do menu wytrawnego, bo jest w czym wybierać i czym pieścić podniebienie. Karta nie jest długa, co uznać można za zaletę. Szczerze polecam zupę pomidorowo-paprykową z pierożkami z serem i kanapki w różnych odsłonach. Z menu śniadaniowego warto skusić się na rewelacyjny omlet z kozim serem lub szynką i cudowne burito z jajecznicą.
Są też świeże soki i dania bezglutenowe, lokal idzie więc z duchem czasu. Ceny warszawskie, ale w stosunku do jakości, uczciwe. Nie wyjdziecie stąd głodni.


Lwów | Co i gdzie jeść, czyli 10 najlepszych restauracji i kawiarni
Hobbitowe Wzgórza - wyjątkowy nocleg a Kaszubach
Lwów – miejsca, które trzeba zobaczyć 
Wiedeń, jakiego nie znacie. Stylowa secesja
TOP 10 miejsc na śniadania w Warszawie, Tort Bristol, Śniadanie w Warszawie gdzie zjeść, Cafe Bristol, warszawa, hotel, śniadanie, Podróże, kuchnia, lunch, deser, ciasto, ciastka, florentynki, restauracja,
fot. SoShe.pl
TOP 10 miejsc na śniadania w Warszawie, Tort Bristol, Śniadanie w Warszawie gdzie zjeść, Cafe Bristol, warszawa, hotel, śniadanie, Podróże, kuchnia, lunch, deser, ciasto, ciastka, florentynki, restauracja,
fot. SoShe.pl
TOP 10 miejsc na śniadania w Warszawie, Tort Bristol, Śniadanie w Warszawie gdzie zjeść, Cafe Bristol, warszawa, hotel, śniadanie, Podróże, kuchnia, lunch, deser, ciasto, ciastka, florentynki, restauracja,
fot. SoShe.pl
TOP 10 miejsc na śniadania w Warszawie, Tort Bristol, Śniadanie w Warszawie gdzie zjeść, Cafe Bristol, warszawa, hotel, śniadanie, Podróże, kuchnia, lunch, deser, ciasto, ciastka, florentynki, restauracja,
fot. SoShe.pl
TOP 10 miejsc na śniadania w Warszawie, Tort Bristol, Śniadanie w Warszawie gdzie zjeść, Cafe Bristol, warszawa, hotel, śniadanie, Podróże, kuchnia, lunch, deser, ciasto, ciastka, florentynki, restauracja,
fot. SoShe.pl
TOP 10 miejsc na śniadania w Warszawie, Tort Bristol, Śniadanie w Warszawie gdzie zjeść, Cafe Bristol, warszawa, hotel, śniadanie, Podróże, kuchnia, lunch, deser, ciasto, ciastka, florentynki, restauracja,
fot. SoShe.pl


Kultowy Bristol

 

Cypryjskie must see. 10 miejsc, które trzeba zobaczyć na wyspie Afrodyty
Paryż śladami Chopina
Miejsca z klimatem | Bieszczady
Zalipie - najpiękniejsza polska wieś
Sandomierz nie tylko na weekend | Przewodnik po największych atrakcjach miasta
Belle Epoque w szwajcarskim styl

Nie zdziwiłabym się, gdybym usłyszała, że ktoś przychodzi tu tylko po to, by podziwiać wnętrza. Kojarzy z wiedeńskim stylem. Atmosfera kawiarni jest ciepła, przyjazna i spokojna. Życie tu zwalnia, a ja lubię miejsca, które pozwalają mi przenieść się w czasie, w których zachwycają detale. Już samo to wystarczy, aby wizyta tutaj była niezapomnianym wrażeniem.
Warto zwrócić uwagę na obsługę, w tradycyjnych "uniformach". Jest dyskretna, pomocna ale nienachalna, jak sto lat temu, za dawnej świetności kawiarni. Café Bristol mieści się bowiem na parterze kultowego hotelu Bristol. Jeszcze w 1895 roku stojącą w tym miejscu posesję wraz z dwoma wspólnikami kupił pianista, kompozytor, polityk - Ignacy Jan Paderewski. Na jej miejscu zaczął powstawać hotel (otwarty w 1901 roku), który przez lata stał się obiektem kultowym.
Kawiarnia już w momencie powstania była jednym z najelegantszych miejsc w Warszawie. Do dziś tak jest. Historię się tu pielęgnuje i przypomina o niej na każdym kroku. W Bristolu noc lub kilka spędzili choćby Królowa Elżbieta II, Książę Karol, Helmut Kohl, Gerhard Schroeder, Jacques Chirac, Nigel Kennedy, Rolling Stones czy Michael Jackson. Autografy znanych gości, choćby Marleny Dietrich, wiszą na ścianie oprawione w ramy.

TOP 10 miejsc na śniadania w Warszawie, Tort Bristol, Śniadanie w Warszawie gdzie zjeść, Cafe Bristol, warszawa, hotel, śniadanie, Podróże, kuchnia, lunch, deser, ciasto, ciastka, florentynki, restauracja, hotel Bristol
fot. SoShe.pl

Wpadnijcie tu, jeśli lubicie stylowe wnętrza, albo chcecie zaznać odrobiny przedwojennej Warszawy. Karnawał to najlepszy czas, żeby poczuć atmosferę Café Bristol.

M.


Najlepsze zagraniczne płyty 2017 roku

 

Nadszedł czas na muzyczne podsumowanie 2017 roku. Dobrych płyt na rynku nie zabrakło, wśrod nich wyróżniło się kilka. Oto one.

Najlepsze płyty 2017 roku
fot. SoShe.pl


Czytaj też
Najlepsze polskie płyty 2017
Najlepsze płyty 2016
David Bowie. Nowa trylogia berlińska 
Miastofonia | Dźwiękowa mapa Gdyni
Depeche Mode. Tu nie będzie rewolucji
 

1. LCD Soundsystem „American Dream”

Najlepsze płyty 2017 roku
fot. SoShe.pl
Nic mnie tak nie poruszyło w tym roku, jak właśnie czwarty album grupy Jamesa Murphy’ego. I powiedziałem to już w momencie ukazania się płyty 1 września br., że będzie to – jak dla mnie – najlepszy krążek 2017. Mimo że wówczas do końca roku zostały bite 4 miesiące, nic w tym temacie się nie zmieniło. Powiem więcej. Żaden inny zespół czy wykonawca nawet nie zbliżył się do wracającego po 6 latach od rozwiązania LCD Soundsystem. Tak, to prawda, że ten zespół nigdy nie nagrał złej płyty. Wcześniejsze trzy to majstersztyki. Ale „American Dream” to opus magnum tej grupy. To dzieło epickie, jakiego w obecnych czasach już się praktycznie nie nagrywa (prawie 70 minut muzyki!). Dla kogoś, kto wychował się na dźwiękach z lat 80. będzie to niezwykła podróż w czasie.  Sporo tu bowiem synthpopu, elementów new romantic (szczególnie słychać je w tytułowym, wolnym nagraniu), a z jeszcze wcześniejszych czasów post-punkowe jazdy (jak zbliżone w brzmieniu do Joy Division „Emotional Haircut”). Całość oblana została nowoczesną, taneczną elektroniką, aby nie było wątpliwości, że album powstał w 2017 roku, a nie 1982.  Polecam słuchać z wydania na podwójnym winylu, aby sentyment był jeszcze większy.

2. The Afghan Whigs „In Spades”


Z drugim miejscem w tym roku też nie miałem problemu. Tak jak James Murphy jest geniuszem, tak i wiele mu nie ustępuje Greg Dulli (dla niezaznajomionych z tematem, nie tylko odpowiedzialny za kultowe The Afghan Whigs, ale też niesamowite The Twilight Singers oraz The Gutter Twins). W tym roku obaj panowie stworzyli swoje najlepsze dzieła. I choć Murphy nie szczędził materiału (jak już wyżej pisałem, nagrał prawie 70 minut muzyki), tak Dulli dał nam tylko 36 minut. A jeśli jeszcze odjąć prawie 3-minutowy „Birdland”, który nieszczęśliwie otwiera „In Spades” (naprawdę kompletne nieporozumienie, zawsze zaczynam słuchać tej płyty od numer dwa), to mamy niewiele ponad pół godziny grania. Ale to wystarczy, by rozwalić głowę i nie dać odejść tym dźwiękom. Dulli jak zwykle potrafi przyłożyć („Copernicus”, „Arabian Heights”), ale i wzruszyć („Toy Automatic”, „I Got Lost”). I tak naprawdę klimat nagrań nie ma znaczenia, bo całość jest wielce pasjonująca. Jedyny zarzut to właśnie czas trwania płyty. Ale to jest właśnie komplement.

3. Kamasi Washington „Harmony of Difference”


Okej, wiem, że to EP-ka, a nie long play. I co z tego? Pełnoprawny album wyżej wymienionych The Afghan Whigs trwa 36 minut, a „Harmony of Difference” Kamasiego Washingtona tylko 4 minuty krócej. Poza tym historia muzyki już zna takie EP-ki, które były traktowane jak „normalne” albumy, a i cenione często wyżej w dyskografiach (jak choćby „Broken” Nine Inch Nails). Okej, wiem też, ile kontrowersji wzbudza Washington. Są tacy, którzy mają go niemalże za hochsztaplera (sic!) współczesnego jazzu. Ha! Faktycznie, stworzyć coś tak wielkiego jak „The Epic” (prawie 3 godziny muzyki!) to rzecz nie do ogarnięcia. Można się faktycznie pogubić i zacząć podejrzewać artystę o niecne czyny. Nie wykluczone więc, że dlatego po dwóch latach od – nomen omen – epickiego debiutu Washington obdzielił nas tylko półgodzinną dawką muzyki. Jakby chciał powiedzieć „zobaczcie, jestem tylko człowiekiem”.  Ja to kupuję. I słucham namiętnie.
 

4. Depeche Mode „Spirit”



Przyznam, że zaskoczyły mnie reakcje na „Spirit”. Rzecz jasna nie spodziewałem się jakiegoś wielkiego poruszenia. W końcu to już czternasta studyjna płyta panów z Basildon. Jednak w sieci poszedł taki „hejt”, że tym bardziej postanowiłem skupić się na nowych nagraniach Depeche Mode (czego, przyznam uczciwie, nie robiłem już od dawna, bo dla mnie złota era „depeszów” skończyła się definitywnie wraz z ostatnimi dźwiękami magicznego utworu „Clean” na „Violator”). I może właśnie ten skowyt internautów był dla mnie zbawieniem, bo „Spirit” mnie najzwyczajniej w świecie urzekł. Już dawno nie słyszałem tak dobrego „openera”, jakim jest singlowy „Going Backwords”. Toż to otwieracz na miarę „World In My Eyes” czy „Never Let Me Down Again”! Dobór pozostałych singli też należy uznać za trafny (trochę za bardzo upolityczniony „Where’s The Revolution” to muzycznie klasyczne DM, a „Cover Me” z kolei kładzie na łopatki transowością, której już dawno u Depeszów nie było). Ostatni raz Gahan i spółka tak dobrze grali na „Playing The Angel”. Poważnie!

5. Gizmodrome „Gizmodrome”


Z supergrupami to zazwyczaj jest… różnie. Mówiąc piłkarskim żargonem, nie zawsze nazwiska grają. Ale nie tym razem. Gizmodrome to trzy naprawdę wielkie gwiazdy (Stewart Copeland z The Police, Adrian Belew m.in. z King Crimson oraz Mark King z Level 42) oraz Vittorio Cosma, którego – szczególnie w Polsce – trudno uznać za wielką gwiazdę (pojawienie się na płycie „Miss Baker” włoskiej progrockowej legendy Premiata Forneria Marconi to jednak za mało). Ale to Cosma, którego do Gizmodrome ściągnął Copeland, rozdaje tu karty, chociaż największą radość ze słuchania albumu sprawia gra perkusisty „Policjantów”. I też najwięcej w muzyce Gizmodrome śladów The Police. Ale tylko śladów, żebyście nie pomyśleli, że pobrzmiewają tam wielkie echa „Roxanne”. Trochę żal wycofanego Belewa, co nie zmienia faktu, że to świetna płyta!

Waldemar Ulanowski

Najlepsze polskie płyty 2017 roku


Rok 2017 obfitował w wydawnictwa wyjątkowe. Na polskiej scenie muzycznej działo się sporo, i to sporo dobrego. Oto najlepsze płyty 2017.

Najlepsze płyty 2017 roku
fot. SoShe.pl


1. Voo Voo „7”


Najlepsze płyty 2017 roku
fot. SoShe.pl
Wojciech Waglewski i jego Voo Voo już dawno temu zapewnili sobie poczesne miejsce w panteonie polskiej muzyki. Znamienne są słowa zamieszczone w wywiadzie-rzece „Wagiel. Jeszcze wszystko będzie możliwe”, gdzie w rozmowie z Wojciechem Bonowiczem, Waglewski przyznaje, że jest w takim momencie kariery, iż „już nic nie musi”. W tej myśli bym upatrywał sukcesu „7” – albumu akomercyjnego, nieatrakcyjnego dla zwykłego zjadacza popkultury, a i dla bardziej wyrafinowanego słuchacza ciężkostrawnego. Nagrania są tu bowiem skomplikowane, niemal pozbawione rytmu, melodii, ciągną się niczym tytułowy tydzień, a jednak są… po prostu piękne, nieziemskie, zupełnie odrealnione. Voo Voo zawsze grało muzykę niebagatelną. Po zimno-falowych latach 80. zespół obrał inny kierunek, który dzisiaj można już określić mianem „brzmienia Wagla”, bo nikt inny tak w Polsce nie gra. Ale nawet jak na ten wyrobiony styl mistrza Wojciecha, nowa płyta płynie inaczej, niespodziewanie, może i szokująco. Jednak zachwyca w każdym calu.

 

Czytaj też
Najlepsze zagraniczne płyty 2017
Najlepsze płyty 2016
David Bowie. Nowa trylogia berlińska 
Miastofonia | Dźwiękowa mapa Gdyni
Depeche Mode. Tu nie będzie rewolucji

2. Silberman New Quintet „Pieśń Gęsi Kanadyjskich”


Jazzowa mapa Polski zawsze lśniła większymi lub mniejszymi cudeńkami. W 2017 roku jednak nic nie powaliło mnie bardziej niż projekt perkusisty Łukasza Stworzewicza, pianisty Mateusza Gawędy i kontrabasisty Jakuba Mielcarka, do których dołączył gitarzysta basowy Artur Kudłacik oraz obecnie największa gwiazda polskiego jazzu (za sprawą wydania płyty w kultowej ECM jako dopiero trzeci Polak w historii) saksofonista Maciej Obara. I to właśnie ten ostatni robi na tej płycie najwięcej dobra, za co „Pieśniom Gęsi Kanadyjskich” należy się najwyższa ocena. Chociaż u mnie osobiście największe dreszcze powoduje złączenie w nagraniach kontrabasu i gitary basowej, co dodaje im niemal post-rockowego charakteru, choć to nadal improwizowany jazz.

 

3. Mapa „No Automatu”


Rzadko się zdarza, by powrót zespołu po niemal 20 latach, robił jeszcze jakiekolwiek wrażenie na kimkolwiek, oprócz rzeczonych muzyków, którzy postanowili się zejść. A jednak Mapa, polski projekt muzyczny, jest tego zaprzeczeniem. Kiedy w 1998 roku Marcin Dymiter i Paul Wirkus oddawali słuchaczom swoje dzieło zatytułowane „Fudo”, polska scena alternatywnej elektroniki oszalała na ich punkcie. Zewsząd szły ochy i achy, i to ze wszech miar zasłużone. Tak wtedy nie tylko w Polsce, ale i na świecie grało niewielu. Niestety, artyści niezależni mają to do siebie, że nie robią na nich wrażenia komplementy. Obaj panowie porzucili Mapę i zajęli się swoimi solowymi projektami, o których już tak głośno nie było. I wreszcie po prawie dwóch dekadach Wirkus i Dymiter oddali nam „No Automatu”, drugą wspólną płytę, która jest jeszcze bardziej wymagająca dla słuchacza niż „Fudo”. I przez to jeszcze bardziej wciągająca. Przyznaję, że mimo słuchania albumu od września, nadal – a jest koniec grudnia - nie mogę się oderwać od tej niezwykłej muzyki.

4. Lunatic Soul „Fractured”


Nasz polski Steven Wilson jak zwykle zapracowany. Co więcej, pod szyldem pobocznego projektu Lunatic Soul, Mariusz Duda wydał swoją najlepszą płytę. Tak, nie boję się użyć tych słów. Jak dla mnie „Fractured” jest znacznie lepsze od każdego albumu cenionego wyżej przez fanów Riverside. Wiem, że do końca obie nazwy nie są tożsame, bo łączy je tylko osoba lidera, ale zadałem sobie ten trud i w krótkim czasie przesłuchałem całe dyskografie i Riverside, i Lunatic Soul, i wybieram tę drugą nazwą. Szczególnie że „Fractured” już nie jest tak bardzo elektroniczna jak było to w przypadku pierwszych czterech krążków i gdyby tylko Riverside chciało złagodzić brzmienie, mogłoby grać właśnie taką muzykę. Oczywiście są to tylko detale. Tak naprawdę bez znaczenia jest etykieta. Zawartość robi tak duże wrażenie, że nie boję się mówić, iż Duda jest dzisiaj najważniejszym polskim muzykiem progresywnym.

5. Decapitated „Anticult”


Osobiste kłopoty chłopaków z Decapitated nie mogą wpłynąć na postrzeganie ich muzyki przeze mnie. Dlatego w moim podsumowaniu 2017 roku musi się znaleźć „Anticult” – album, który wywindował zespół do pierwszej ligi światowego metalu (co nie zmienia faktu, że kryminalna afera z USA, mimo nawet oczyszczenia muzyków z zarzutu gwałtu i uwięzienia, strąci Decapitated z powrotem do undergroundu). Tym bardziej szkoda tej wspaniałej kariery. Umieszczenie przeze mnie Decapitated na tej liście to także złożenie hołdu dla pozostałych metalowych kapel z Polski, które w ostatnim czasie wydały płyty napawające nas dumą, np. Blaze of Perdition, Mord’A’Stigmata czy In Twilight Embrace w 2017 oraz Furia w 2016 i Mgła w 2015 roku. To są najlepsze lata ciężkiej muzyki znad Wisły!

Waldemar Ulanowski


Śledzie w pomidorach | Przepis

 

Są momenty, kiedy człowiek zachodzi w głowę, co tu podać gościom, kiedy wiadomo na pewno, że się pojawią. Najlepiej, żeby robiło się (prawie) samo i było smaczne. Tak bardzo smaczne, że gospodyni zbierze cały worek komplementów. Jeśli szukacie przepisu nie tylko na Wigilię, ale na Sylwestra, urodziny, imieniny czy co tam sobie wymyślicie, zróbcie śledzie w pomidorach. Goście będą zachwyceni, wiem coś o tym.

 
śledzie w pomidorach przepis
fot. SoShe.pl




Składniki
  • pół kg. śledzi typu matias
  • 3 duże cebule
  • 3 duże łyżki koncentratu pomidorowego
  • pieprz
  • liść laurowy
  • ziele angielskie
  • 3-4 łyżki oleju

Sposób wykonania

Sos kurkowy z makaronem | Przepis
Szybkie brownie bez mąki i cukru
Proste ciasto bananowe (bez glutenu
Proste ciasto z jabłkami | Przepis

Śledzie moczymy ok. 2 godz., po czym osuszamy je w ręczniku papierowym i kroimy w paski o szerokości ok. 2 cm. Cebulę kroimy w piórka i smażymy do miękkości na oleju. Kiedy będzie gotowa, dodajemy przecier pomidorowy, liść laurowy, ziele angielskie i pieprz. Śledzie są słone, dlatego nie solimy cebuli.
Cebulę z pomidorami dobrze mieszamy i smażymy ok. 2 minuty. Jeszcze ciepłą (koniecznie) układamy w szklanym naczyniu warstwowo ze śledziami. Na spodzie naczynia powinna być warstwa cebuli, a jej ostatnia porcja powinna przykryć śledzie. Całość przykrywamy i odstawiamy najpierw do ostygnięcia, a potem wkładamy na kilka godzin (najlepiej na noc) do lodówki.
Następnego dnia danie jest gotowe. Smacznego!

fot. SoShe.pl


The Crown | Czy warto poświęcić czas na serialowy hit Netflixa?

 

Życie w pałacu niewiele ma wspólnego z bajkami o królewnach i księżniczkach. Rządzi się swoimi prawami, nie uznaje ustępstw, bywa okrutne. Dobitnie pokazuje to serial "The Crown". Byłam tak ciekawa tej produkcji, że na platformie Netflix postanowiłam założyć konto. Potem dwie serie (w sumie 20 odcinków) obejrzałam w trzy dni.


Produkcje dotykające tematyki brytyjskiego dworu już przecież były, prawda? Windsorowie nie raz wpadali pod lupę scenarzystów filmowych, którzy tworzyli plotkarskie opery mydlane o skandalach w rodzinie królewskiej. Spróbuję was przekonać, że jedna z najdroższych produkcji telewizyjnych (o palmę pierwszeństwa rywalizuje z "The Get Down") warta jest obejrzenia i każdego wydanego nań dolara. To film, który nie tylko wciąga, ale pozostawia w człowieku ślad na dłuższy czas, nawet jeśli nie jest się fanem brytyjskiej monarchii.



Elżbieta II, Featured, FILM KSIĄŻKA, historia, Kultura, najdroższy serial, najlepszy serial, opinie, Recenzja, serial The Crown, sezon 1, sezon 3, The Crown obsada, The Crown sezon 2 online, Wielka Brytania,
fot. materiały prasowe Netflix
Elżbieta II, Featured, FILM KSIĄŻKA, historia, Kultura, najdroższy serial, najlepszy serial, opinie, Recenzja, serial The Crown, sezon 1, sezon 3, The Crown obsada, The Crown sezon 2 online, Wielka Brytania,
fot. materiały prasowe Netflix

Lekcja historii


Serial jest bardzo dobrą, nieprzytłaczającą lekcją historii XX wieku. Tak dobrą, że po zakończeniu konkretnego wątku (odcinka) aż chce się chłonąć wiedzę dalej. Informacje podawane są w sposób przystępny i ciekawy, zwykle wplątane w ludzkie losy. Zadbał o to Peter Morgan, autor scenariusza. To on przyjrzał się dokładnie brytyjskiej rodzinie i sprawił, że opowieść jest naprawdę świetnie napisana. Ten sam Morgan napisał wcześniej "Królową" (z oscarową rolą Hellen Mirren) i sztukę "The Audience" o relacjach Elżbiety z kolejnymi brytyjskimi premierami.
Elżbieta II, Featured, FILM KSIĄŻKA, historia, Kultura, najdroższy serial, najlepszy serial, opinie, Recenzja, serial The Crown, sezon 1, sezon 3, The Crown obsada, The Crown sezon 2 online, Wielka Brytania,
fot. materiały prasowe Netflix
"The Crown" jest historią nie tylko o tym, w jaki sposób pełna uroku, radosna dziewczyna zamienia się w zasadniczą, niedostępną królową. Domyślam się, że wiele osób usłyszy z filmu po raz pierwszy o wielkim smogu londyńskim, o śmiertelnej pułapce, która w grudniu 1952 roku wywołała ok. 12 tys. zgonów. Wciągające są wątki skupione wokół odejścia ze stanowiska brytyjskiego premiera Winstona Churchilla, i dotyczące konfliktu wokół Kanału Sueskiego. Warto przyjrzeć się historii związanej z portretem Churchilla, wykonanym przez angielskiego malarza Grahama Sutherlanda w 1954 roku na 80. urodziny premiera Wielkiej Brytanii. Obraz zniknął bez śladu, najprawdopodobniej zniszczony przez żonę Churchila. Dziś uznawany jest za jedno z najważniejszych zaginionych dzieł sztuki XX-wiecznej.

W filmie wątki polityczne i społeczne zgrabnie mieszają się z rodzinnymi. I jedne, i drugie są niezwykle wciągające. Romans księżniczki Małgorzaty z kapitanem Peterem Townsendem to nie filmowa fikcja. Zobaczcie, jak kończy się miłość nieakceptowaną przez rząd i Kościół. Zresztą równie ciekawie jest pokazany jest Edward VIII (Alex Jenkins), który wyznaczony na następcę tronu abdykował, by poślubić amerykańską rozwódkę Wallis Simpson i móc pławić się w swych nazistowskich sympatiach. Śmiało można powiedzieć, że "The Crown" to serial o poszukiwaniu własnej tożsamości.

Pałacowe wnętrza zamieszkują ludzie z krwi i kości, z ich wszystkimi problemami, których mają równie wiele, jak ci, którzy o koronie nawet nie marzą. Przegrywają z tradycją włożeni w sztywne ramy zasad, uwikłani w konwenanse, oczekiwania społeczne, własne przyzwyczajenia. To świat, w którym mały błąd wykryty przez świat może prowadzić do katastrofy, na którą nikt nie może sobie pozwolić.
Elżbieta II, Featured, FILM KSIĄŻKA, historia, Kultura, najdroższy serial, najlepszy serial, opinie, Recenzja, serial The Crown, sezon 1, sezon 3, The Crown obsada, The Crown sezon 2 online, Wielka Brytania,
fot. materiały prasowe Netflix
Elżbieta II, Featured, FILM KSIĄŻKA, historia, Kultura, najdroższy serial, najlepszy serial, opinie, Recenzja, serial The Crown, sezon 1, sezon 3, The Crown obsada, The Crown sezon 2 online, Wielka Brytania,
fot. materiały prasowe Netflix

A królowa Elżbieta? No cóż, pewnie  zaskoczeni będą ci, dla których przez lata jawiła się jako osoba oschła, oderwana od rzeczywistości, bez uczuć i emocji. Serial "The Crown" zmienia postrzeganie brytyjskiej monarchini.

Gdzie są funty?

Elżbieta II, Featured, FILM KSIĄŻKA, historia, Kultura, najdroższy serial, najlepszy serial, opinie, Recenzja, serial The Crown, sezon 1, sezon 3, The Crown obsada, The Crown sezon 2 online, Wielka Brytania,
fot. materiały prasowe Netflix

Serial zrealizowano z budżetem 100 mln funtów i na ekranie widać każdy przysłowiowy grosz. Film jest dopieszczony w każdym szczególe. Zachwycają bajkowe wnętrza i z wielką pieczołowitością odtworzone z oryginałami kostiumy, które - jeśli wierzyć plotkom - zjadły lwią cześć budżetu tej produkcji. Skrupulatne przedstawienie drobnych zachowań związanych z codziennym życiem i pracą dworu, robi równie duże wrażenie. Są też urzekające krajobrazy. Bohaterów widzimy raz w zamkach i pałacach, innym razem przy Downing Street 10, czy w wielu egzotycznych krajach. Sceny płyną w rytm pięknej muzyki Hansa Zimmera ("Interstellar", "Dunkierka").
Gra aktorska jest wybitna. Każdy z odcinków ogląda się niczym kinową produkcję. Claire Foy w roli Elżbiety wypada genialnie. Podobnie Matt Smith, który wciela się w rolę jej męża – Księcia Filipa, który wciąż chodzi swoimi ścieżkami. Vansssa Kirby jako Księżniczka Małgorzata wciąż walczy, by nie poddawać się sztywnej etykiecie dworskiej. Fantastyczny jest John Lithow jako Winston Churchill, również Jarred Harris w roli Króla Jerzego VI.

Co dalej?

Elżbieta II, Featured, FILM KSIĄŻKA, historia, Kultura, najdroższy serial, najlepszy serial, opinie, Recenzja, serial The Crown, sezon 1, sezon 3, The Crown obsada, The Crown sezon 2 online, Wielka Brytania,
fot. materiały prasowe Netflix

Na trzeci sezon musimy czekać cały rok. W nowej serii królową Elżbietę II zagra już nie Claire Foy, a Olivia Colman. Dla fanów filmu zapewne będzie to lekki wstrząs.
W sumie serial "The Crown" zaplanowany jest na sześć serii po 10 odcinków. Każdy z sezonów koncentruje się na innej dekadzie życia i rządów monarchini. Jeśli wszystko powiedzie się jak należy, na ekranie zobaczymy losy Windsorów aż do współczesności.

Po obejrzeniu drugiego sezonu, dla uzupełnienia perspektywy, polecam jeszcze dokumentalny "The Royal House of Windsor", również na Netflixie.

M.

Spandex (lycra, elastan) - co to za materiał?


materiały, które zrewolucjonizował rynek odzieży. Ot, choćby Spandex, znany ze swojej wyjątkowej elastyczności, mocniejszy i trwalszy niż kauczuk naturalny.


Lekkie, syntetyczne włókno po raz pierwszy wyprodukowano we wczesnych latach pięćdziesiątych, w laboratoriach firmy DuPont. Opracowane jako zamiennik gumy, szybko zdobył popularność.


"Spandex" (ta nazwa przyjęła się w USA i Australii), w Europie znany jest bardziej pod nazwą "Elastan". Nazwa handlowa tego włókna to z kolei znane wszystkim słowo "Lycra", która jest jest zastrzeżonym znakiem towarowym firmy Invista.

Spandex (lycra, elastan)  - co to za materiał?
Dodatek spandexu (elastany, lycry) sprawia, że ubrania lepiej się noszą
W porównaniu do innych włókien, choćby takich jak bawełna czy nylon, rynek spandexu wciąż pozostaje stosunkowo niewielki. Może się to wkrótce zmienić, bowiem wciąż odkrywane są jego nowe zastosowania. Jeszcze w latach 60. włókna spandexu trafiły na stoki na narciarskie. W latach 70. rowerzyści wymieniali wełniane spodenki na "aerodynamiczne" spodenki ze spandexu. Uniwersalne włókna zaczęły też przenikać do strojów do tańca, rajstop i dżinsów. W latach 80. w ubraniach ze spandexu zaczęła chodzić Madonna, a w ciągu ostatniego dziesięciolecia materiał trafił do tradycyjnych męskich garniturów, ubrań dla kobiet i dla dzieci.



Czytaj też
Akryl - co to za materiał?
Wełna dziewicza - co to za materiał?
Poliamid (nylon) - co to za materiał?

Gdzie znajdziesz spandex?

 

Włókna spandexowe są lepsze od gumy - mocniejsze, lżejsze i bardziej uniwersalne. W rzeczywistości można je rozciągnąć do prawie 500 proc. ich długości i zawsze wracają do swojego poprzedniego kształtu. Imponujące.
Spandex jest więc tkaniną elastyczną, rozciągliwą, która nie ogranicza ruchów. Jest też gładki, lekki, miękki, przyjemny w dotyku i odporny na zabrudzenia - szczególnie na szkodliwe działanie olejków ciała, potu i detergentów.
Właśnie dlatego często szyje się z niego kostiumy kąpielowe, bieliznę, odzież sportową, stroje taneczne, estradowe, getry czy legginsy. Dzięki swym właściwościom spandex nadaje się do noszenia pod odzieżą, wykorzystywany jest do szycia bielizny.

Poliester. Materiał, który lepiej omijać z daleka
Akryl - co to za materiał?
Wiskoza - co to za materiał
Wełna dziewicza - co to za materiał?

 

Zalety spandexu

 

Materiał nie alergizuje i nie elektryzuje się. Produkty mające w swym składzie elastan wspaniale dopasowują się do figury, są wygodne i bardzo praktyczne. Dzięki swojej elastyczności posiada bardzo dobre właściwości oddychające. Zapewnia swobodę ruchu i komfort. Ubrania z niego są wygodne, miękkie, gładkie, odporne na tłuszcz, pot, dezodoranty i proszki do prania.
Włókna spandexu są kompatybilne z innymi materiałami naturalnymi i sztucznymi i mogą być przędzone z innymi rodzajami przędzy, tworząc tym samym unikatowe tkaniny mające właściwości obu włókien. Spandex dobrze się sprawdza w mieszankach z bawełną, wełną, jedwabiem, lnem. Powoduje, że tkanina się nie odkształca i ładnie przylega do sylwetki.

Wady spandexu

 

Tkaniny zawierające spandex mogą być łatwo uszkodzone przez ciepło. Podczas prania należy zadbać o odpowiednią jego temperaturę.

Warto pamiętać

 

Spandex w składzie ubrań spotkamy pod nazwą lycra lub elastan.



Łódź | 10 miejsc, z których słynie Piotrkowska


O wyprawie do Łodzi myślałam od lat. W sumie nie wiem dlaczego, jakoś nie po drodze było mi do tego miasta. Bywałam, owszem, jednak wyłącznie przejazdem. Zwykle zatrzymywałam się na obiad, będąc gdzieś na trasie Gdańsk - Kraków, albo Gdańsk - Wrocław. A ponieważ słyszałam że warto, i że fajnie, nie chciałam dłużej czekać, zarezerwowałam pobyt w hotelu i ruszyłam odkrywać historię z miasta włókniarek i włókniarzy. Okazało się, że dwa dni to za mało. Wrócę po więcej.


Piotrkowską chłonęłam jak dziecko. Zresztą nie tylko ja, również towarzyszący mi mąż. Spacer po tym miejscu to trochę jak przeniesienie się w czasy Belle Epoque. Jak dryfowanie w czasie i przestrzeni, głównie za sprawą architektury. 

Na Piotrkowskiej bez wątpienia jest co podziwiać, a jeśli wierzyć miejscowym, najbardziej znana łódzka ulica jest też najpiękniejszą w mieście. Dla niektórych to też najładniejszy trakt handlowy w Europie, choć osobiście z tym stwierdzeniem bym nie przesadzała.

 
Łódź | Piotrkowska co zobaczyć
fot. SoShe.pl

 

Madera | Wyspa, którą trzeba zobaczyć
Lwów | Co musisz zobaczyć
Paryż śladami Chopina
Zalipie - najpiękniejsza polska wieś





Nie ulega jednak wątpliwości, że Piotrkowska jest długa. Ma w sumie ponad 4 km. Po przejściu jej w jedną i drugą stronę odczułam to w nogach. Na długi spacer polecam więc wygodne obuwie. Szczególnie, jeśli chcemy co kilka lub kilkanaście metrów zatrzymywać się, zaglądać w bramy i zaułki. Bo Piotrkowska urzeka - jest przede wszystkim doskonałym świadectwem rewolucji technologicznej przełomu XIX i XX w, jaka miała miejsce w Polsce i Europie. To dawna ulica fabrykantów, bankierów, magnatów, Polaków, Niemców i Żydów. Są tu biura, niemal setka klubów i restauracji, jest także polska Aleja Gwiazd wzorowana na hollywoodzkiej Walk of Fame. Przeczytajcie o miejscach, na które warto tu zwrócić szczególną uwagę.

Cypryjskie must see. 10 miejsc, które trzeba zobaczyć na wyspie Afrodyty
Los Angeles | Hollywood Boulevard - najsłynniejsza ulica świata, która może rozczarować 

1. Przystanek Piotrkowska Centrum


Łódź | Piotrkowska co zobaczyć
Przystanek Piotrkowska Centrum fot. SoShe.pl
Łódź | Piotrkowska co zobaczyć
Przystanek Piotrkowska Centrum fot. SoShe.pl

Zanim wejdziecie na ulicę, zerknijcie na przystanek Piotrkowska Centrum. To chyba najładniejszy przystanek tramwajowy, jaki widziałam w życiu. Na pierwszy rzut oka skojarzył mi się z Lisboa Oriente – dworcem kolejowym w Lizbonie. Mam wrażenie, że twórcy łódzkiego przystanku wzorowali się na tym w stolicy Portugalii. Tak czy inaczej, nie można nie zobaczyć oryginalny przystanku, którego dach przypomina kolorowy witraż posadowiony na stalowych słupach.

2. #Kocham Łódź

Łódź | Piotrkowska co zobaczyć
fot. SoShe.pl

 


Miejscowi zapewne przywykli, a przyjezdni chętnie przystają, by zrobić sobie fotkę przy świecącym, 11-metrowym napisie napisie "#Kocham Łódź". To dobra zapowiedź rozpoczynającej się wędrówki. Z tego miejsca iluminacja Piotrkowskiej robi kolosalne wrażenie. Końca ulicy nie widać.

3. OFF Piotrkowska 


Łódź | Piotrkowska co zobaczyć
fot. SoShe.pl
Łódź | Piotrkowska co zobaczyć
fot. SoShe.pl
Łódź | Piotrkowska co zobaczyć
fot. SoShe.pl
Łódź | off Piotrkowska co zobaczyć
fot. SoShe.pl
Łódź | Piotrkowska co zobaczyć
fot. SoShe.pl

Aby tu trafić, trzeba zboczyć z głównego traktu, jednak niewiele. Na OFF Piotrkowską poprowadzą was znaki, a dokładniej dobrze oznaczone wejście. Warto tu zajrzeć, a jeszcze lepiej wybrać sobie cel wędrówki po tym miejscu. Na terenie dawnej fabryki bawełny Franciszka Ramischa szklane pawilony kontrastują ze stuletnimi budynkami z czerwonej cegły.
Można tu wpaść na posiłek. Do niektórych lokali ustawiają się długie kolejki na zewnątrz i nikomu nie straszny grudniowy mróz. Wniosek może być jeden - dobrze tam karmią. W pomieszczeniach starej fabryki są też pracownie projektantów mody, designu, architekci i kluby muzyczne. Jest niesztampowo i klimatycznie.

4. Miś Uszatek

Łódź | Piotrkowska co zobaczyć Miś Uszatek
fot. SoShe.pl


Misia Uszatka szukałam w mapą w dłoni. Przegapiłam tego malucha spacerując po ulicy. W drodze powrotnej udało się go odnaleźć. Bohater bajek mojego dzieciństwa sięga mi do pasa, ma niecały metr wysokości. Odlany z brązu pomnik sympatycznego misia stoi tu od ośmiu lat, będąc początkiem szlaku "Łódź Bajkowa", na którym spotkać możecie m.in. Plastusia, Kota Filemona czy wróbla Ćwirka. Ruszajcie na poszukiwania.

5. Gorąca pączkarnia


Łódź | Piotrkowska co zobaczyć
fot. SoShe.pl

To nie mogą być zwykłe pączki, jeśli w niedzielę po godz. 18 ustawia się po nie kolejka złożona z kilkunastu osób. Ogromna witryna i lada wypełniona gorącymi wypiekami kuszą niemiłosiernie. Są smaki klasyczne i bardziej ekstrawaganckie – nadziane różaną marmoladą, czekoladą albo budyniem.

6. Hotel Grand


Łódź | Piotrkowska co zobaczyć Grand Hotel
fot. SoShe.pl

Kiedy zobaczyłam elewację Hotelu Grand, wyobraziłam go sobie sto lat temu, w czasach jego świetności. Na początku ubiegłego wielu był synonimem prestiżu i elegancji. Warto docenić, że hotel funkcjonuje nieprzerwanie od 1888 roku, od samego początku swej działalności. Choć nie wygląda na prestiżowy, ma w sobie coś, co do niego przyciąga. Potężny budynek pewnie kryje w sobie wiele tajemniczych, nigdy nie opowiedzianych historii. To tu bywali Henryk Sienkiewicz, Helena Modrzejewska, Jan Kiepura, Kornel Makuszyński, czy Krzysztof Penderecki. Janusz Majewski kręcił tu tu "Zaklęte rewiry", Juliusz Machulski "Vabank", a David Lynch Inland Empire".

7. Aleja Gwiazd

Łódź | Piotrkowska co zobaczyć aleja gwizad
fot. SoShe.pl
Łódź | Piotrkowska co zobaczyć
fot. SoShe.pl

Na Piotrkowskiej usadowiły się też "łódzkie gwiazdy" – płyty upamiętniające słynnych polskich artystów filmowych i reżyserów. Aleja Gwiazd Łódzkiej Drogi Sławy (tak się nazywa dokładnie) znajduje się tuż przy Hotelu Grand. Wzorowany na Walk of Fame w Los Angeles deptak powstał  ponad dwadzieścia lat temu z inicjatywy Jana Machulskiego. W założeniu miał być upamiętnieniem polskich aktorów, reżyserów, scenografów i operatorów filmowych i przypomnieniem, że przez długie lata Łódź była istotnym centrum kinematografii.
Po stronie parzystej (wschodniej) są gwiazdy reżyserów i operatorów, natomiast po stronie nieparzystej aktorów. Kogo tu można znaleźć? Jest Janusz Gajos, Gustaw Holoubek, Marek Kondrat, Pola Negri, Beata Tyszkiewicz, Daniel Olbrychski, Zbigniew Zamachowski, Cezary Pazura, Stanisław Bareja, Jerzy Hoffman, Jerzy Kawalerowicz, Krzysztof Kieślowski, Juliusz Machulski, Roman Polański, Andrzej Wajda, Krzysztof Zanussi czy kompozytor Wojciech Kilar.

8. Murale


fot. SoShe.pl

Spacerując po Piotrkowskiej warto patrzeć nie tylko pod nogi, ale też do góry. Tam, gdzie znaleźć można oryginalne murale, z których miasto zaczęło już słynąć. Mówi się, że dzięki muralom Łódź przestała kojarzyć się z szarym miastem. Wielkoformatowe obrazy pokrywają ściany bloków i kamienic, również w sercu miasta. Dość powiedzieć, że łódzki Street Art narodził się w 2001 roku wraz powstaniem obrazu na ścianie kamienicy przy ul. Piotrkowskiej 152. Dzieło o wymiarach 30 x 20 metrów, przedstawiające łódź płynącą na tle charakterystycznych dla miasta domów, w momencie namalowania było największym muralem na świecie. To właśnie murale sprawiły, że amerykański Huffington Post w 2014 roku nadał Łodzi tytuł "The artsiest city".

9. Galeria Wielkich Łodzian

Stefan Jaracz fot. SoShe.pl
Julian Tuwim, fot. SoShe.pl
Władysław Reymont fot. SoShe.pl

Spacerując Piotrkowską nie sposób nie otrzeć się o jakiś pomnik. Jest ich tu naprawdę wiele. Plenerowe rzeźby z brązu od 1999 roku tworzą Galerię Wielkich Łodzian. Jak każdy turysta, odkryłam tu "Ławeczkę Tuwima", "Fortepian Rubinsteina", "Kufer Reymonta", "Fotel Jaracza", "Pomnik Lampiarza". W sumie jest sześć pomników.
Przyjezdni nie odpuszczają - siadają obok wyrzeźbionych postaci, pstrykają sobie z nimi selfie. I dokładnie o to chodzi. Pomniki zaprojektowano tak, by każdy mógł wygodnie usiąść obok i pstryknąć sobie fotkę. No może z Lampiarzem może być to nieco utrudnione.

10. Manufaktura

fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl

Nie znajdziecie jej na Piotrkowskiej, ale z Piotrkowskiej łatwo do niej dotrzeć. To przysłowiowy rzut beretem. A że Manufakturę w Łodzi trzeba odwiedzić, chyba nikogo nie muszę specjalnie przekonywać. To wizytówka miasta, taka sama jak Piotrkowska. Historia tego miejsca jest ciekawa i bez wątpienia napiszę jeszcze o tym miejscu. Na zachętę dodam tylko, że dawna fabryka Izraela Kalmanowicza Poznańskiego robi wrażenie. Ogromne! Tak naprawdę to centrum handlowo-usługowo-rozrywkowe, pierwsze pod względem powierzchni w Europie Wschodniej. Jednak, co najważniejsze, przebudowana fabryka, którą pamięta jeszcze wiele miejscowych włókniarek, została wykonana w taki sposób, by częściowo zachować dawną atmosferę tego miejsca. I to się udało.

Sałatka śledziowa - prosta, pyszna i efektowna


Sałatka warstwowa ze śledziem w roli głównej jest jednym z popularniejszych dań podawanych podczas Bożego Narodzenia, a raczej podczas Wigilii. Nieskomplikowana i smaczna, z zaledwie kilku składników. Problem polega jednak na tym, że nie jest zbyt atrakcyjna wizualnie. A może podać ją inaczej?  Jeśli zrobimy ją w małych porcjach, jak w tym przypadku, będzie przy okazji bardzo efektowna.

 
Sałatka śledziowa

Składniki
(na 6 porcji)

  • 6 płatów solonych śledzi typu matias
  • dwa duże buraki
  • dwa duże ziemniaki
  • duża cebula
  • 3 łyżki majonezu
  • 3 łyżki jogurtu naturalnego (typ grecki)
  • sól, pieprz

Sposób przygotowania

Sos kurkowy z makaronem | Przepis
Szybkie brownie bez mąki i cukru
Proste ciasto bananowe (bez glutenu
Proste ciasto z jabłkami | Przepis


Śledzie moczymy w zimnej wodzie przez ok. godzinę (zależy od ich wielkości). Ziemniaki i buraki gotujemy (każde osobno) w łupinach. Kiedy będą gotowe, wyjmujemy je z wody, studzimy i kroimy w grubszą kostkę. W podobnej wielkości kostkę kroimy również śledzie. Cebulę kroimy w drobną kostkę. Majonez mieszamy z jogurtem i przyprawami (soli niezbyt wiele, śledzie są ciągle słone).
W średniej wielkości szklankach lub pucharkach układamy warstwowo: ziemniaki, buraki, cebulę i śledzie. Na koniec polewamy je sosem majonezowo-jogurtowym.
Sałatka powinna postać w lodówce kilka godzin, alby składniki nieco się "przegryzły". Jest pyszna! Smacznego!


Sałatka śledziowa

Top 10 | Muzyka, której najlepiej słucha się w samochodzie


Dostałem karkołomne zadanie, by zrobić listę najlepszych piosenek do samochodu. Niby faktycznie jest coś takiego: kawałki, które mają napędzać nas w rytmie auta (najlepiej cztery-czwarte); takie, które nie spowodują, że zaśniemy; takie, które łatwo wpadają w ucho i umilają nam czas za kółkiem. No dobrze, a co jeśli ktoś potrafi prowadzić pojazd tylko przy freejazzowych albumach Johna Coltrane’a?


No dobra, ale skoro mam o tym napisać, to coś wymyślę. W końcu mniej więcej wiem, o jakie numery chodzi, by w samochodzie zapanowała pozytywna atmosfera. Aby sobie nieco utrudnić zadanie, postanowiłem wybrać tylko te nagrania, które mają w tytule „car” lub liczbę mnogą „cars”. Odpuściłem od razu zespół The Cars, bo wszyscy znają tylko ich jeden hit (i to tytułem całkiem pasujący do tego zestawienia) – „Drive”. Ale to ballada, dlatego podziękujemy jej.

fot. SoShe.pl


Nie dam do zestawienia też (mniej więcej z tego samego powodu) The Doors i ich „Cars Hiss By My Window” – nie jest to ballada w potocznym znaczeniu, ale strasznie wolny i hipnotyczny utwór. Wypadek gotowy. Z bólem muszę zrezygnować też z dwóch innych piosenek. Tym razem nie za dźwięki, ale za tytuły. Ciężko polecać komuś do auta Davida Bowie „Always Crashing In The Same Car” czy U2 „Daddy’s Gonna Pay For Your Crashed Car”.

Okej, w takim razie jedziemy:

1. Gary Numan „Cars”


Mało oryginalny początek listy, ale co zrobić, jeśli faktycznie to najlepszy przykład utworu do samochodu? Jest tu wszystko, co powinno być: tytuł, tekst, motoryka, brzmienie, siła, chwytliwa zwrotka i taki sam refren. Ten największy przebój ojca chrzestnego new romantic był wielokrotnie coverowany albo przerabiany przez innych. Słynny syntezatorowy riff doskonale przerobił np. Armand van Helden w swoim szlagierowym „Koochie”.

2. The Beatles „Drive My Car”


Najważniejszy zespół w historii na płycie „Rubber Soul”, skąd pochodzi „Drive My Car”, zaczął powoli odwracać się od trywialnych piosenek znanych z początku kariery (tak w treści, jak i w formie). Ale jeszcze tutaj został przy – nazwijmy to – radosnej twórczości. Do samochodu jak znalazł, bo nóżka sama wciska gaz.

3. Queen „I’m In Love With My Car”


Trafny tytuł, prawda? I bardzo prawdziwy, bo napisał go perkusista grupy Roger Taylor (zresztą sam go też zaśpiewał) – prywatnie wielki fan samochodów. Grzech nie polecić takiego hymnu w tym zestawieniu. Nie był to może wielki hit w dyskografii Queen, ale może dlatego, że mieli ich naprawdę mnóstwo. Było więc w czym wybierać. Numeru tego jednak nie da się pominąć, ponieważ znajduje się na najsłynniejszym albumie Brytyjczyków „A Night at The Opera”

4. Primus „Jerry Was a Race Car Driver”


Teraz czas na coś dla muzycznych freaków. Kapela Lesa Claypoola cieszy się od samego początku kariery wielką estymą fanów. Charakterystyczne brzmienie gitary basowej jest jej sztandarem. I tak jest w tym zwariowanym kawałku. Od machania głową można co prawda zrobić sobie krzywdę, ale co przeszkadza szalonemu kierowcy jechać autem w kasku na głowie?

5. Arcade Fire „Keep The Car Running”


Co prawda po ostatniej, niezbyt udanej płycie notowania Arcade Fire nieco spadły, to jednak tu, czyli na „Neon Bible” grupa jest w najwyższej formie. Taki też jest „Keep The Car Running”. Doskonale oddaje charakter nie tylko tej płyty, ale i możliwości zespołu. A te są naprawdę ogromne. Świetny numer do auta i na całe życie!

6. Billy Ocean „Get Outta My Dreams, Get Into My Car”


No jakżesz mogłoby zabraknąć w tym zestawieniu piosenki, która rozbiła bank nawet w komunistycznej Polsce? Skoczny hit, który pojawił się na początku 1988 roku, podbił stacje radiowe i telewizyjne niemal z miejsca. Włączcie w samochodzie to zobaczycie, co się zacznie dziać ze współpasażerami. Nawet tymi, którzy jakimś cudem nie słyszeli tego kawałka.

7. Tracy Chapman „Fast Car”


Pozostajemy w tym samym 1988 roku. I choć klimat tego nagrania jest zgoła inny, to z Billy Oceanem łączy je podobne szaleństwo na listach przebojów. Cały świat oszalał na punkcie tej niezwykle ascetycznej piosenki. To wtedy wróciła moda na takie akustyczne granie. Choć „Fast Car” wydaje się być bardzo delikatne, to ma swoją moc. Posłuchajcie tego w waszym samochodzie.

8. Rod Stewart „Let Me Be Your Car”


Nieco mniej znane nagranie Stewarta (z 1974 roku z płyty „Smiler”). Chyba bardziej znane z tego, że zagrał w nim Elton John. Choć słuchając „Let Me Be Your Car”, bardziej podejrzewamy, że w studiu pojawił się jeszcze duet Jagger/Richards – to na kilometr pachnie Stonesami. Poza tym to bardzo żywy, energetyczny utwór! W sam raz na długą podróż!

9. Paul Simon „Cars are Cars”


Kolejny witalny numer, jak najbardziej pasujący do naszej listy. Ileż w nim optymizmu i energii! Być może „Hearts and Bones”, z którego „Cars are Cars” pochodzi, nie był najlepszym albumem Simona, to jednak to nagranie jest taką „truskawką na torcie” – jak mawia Tomasz Hajto.

10. The Rolling Stones „Brand New Car”


Stonesi już zostali przywołani w tym zestawieniu, więc pozostało uhonorować ich oddzielnym wpisem. A że mają w swoim dorobku pasującą piosenkę, to dlaczego nie? Do auta jak znalazł (ładnie buja), chociaż nie oszukujmy się, nie jest to najbardziej powalająca kompozycja w ich dyskografii. I to jeszcze z niezbyt powalającej płyty („Voodoo Lounge”).


Waldemar Ulanowski












Wiedeń, jakiego nie znacie. Stylowa secesja



Polacy kochają Wiedeń. Nie ma pory roku, która byłaby mniej atrakcyjna do odwiedzenia stolicy Austrii. Na początku, co nie dziwi, każdy zdeptuje opisywane w przewodnikach szlaki. Po oswojeniu się z miastem przychodzi czas na relaks, niespieszny spacer po zakamarkach metropolii. Okazuje się wtedy, że zwykłe ulice bywają ciekawsze niż żelazne atrakcje. Co powiecie na odnalezienie elementów secesji? Przecież Wiedeń nią emanuje. 



Na każdym rogu napotykamy budynki typowe dla tego nurtu. Co więcej, rok 2018 będzie dla stolicy Austrii wyjątkowy. 100 lat wcześniej zmarło czterech najważniejszych przedstawicieli tego kierunku: Gustav Klimt, Egon Schiele, Otto Wagner i Koloman Moser. To oni stworzyli styl, który łączył sztukę wysoką i niską, meblarstwo i architekturę, malarstwo i rzeźbę. Ukształtowali wizerunek miasta, jaki poznajemy dziś. Ich ślady znajdziemy w wielu miejscach Wiednia. Poszukajmy ich razem.

 

Nie ma pory roku, która byłaby mniej atrakcyjna do odwiedzenia stolicy Austrii fot. SoShe.pl
Wiedeń, Belweder fot. SoShe.pl

Wiedeń, o jakim się nie śniło


Madera | Wyspa, którą trzeba zobaczyć
Lwów | Co musisz zobaczyć
Paryż śladami Chopina
Zalipie - najpiękniejsza polska wieś




O secesjonistach wiedeńskich u schyłku XIX w. z zaciekawieniem pisała krakowska prasa. "Co to znaczy secesja? Jest to wyzwolenie się z pewnych ciasnych formuł i stosunków, odrzucenie pewnych doktryn przestarzałych, które nie wszystkim pozwalają swobodnie się rozwijać" – to cytat z artykułu, który w 1897 roku opublikowano w magazynie "Czas". Rewolucja? Można tak powiedzieć. Oto w Wiedniu pojawili się artyści, którzy nie bali się wyjść z inicjatywą ożywiania skostniałej monarchii Habsburgów, wprowadzać w życie idee, o jakich dotąd się nie śniło.

Rewolucjonistą był Otto Wagnera, architekt i urbanista, którego projekty są dzisiaj symbolami Wiednia i wciąż spełniają swe funkcje. Budowle, kiedy je tworzył, były nie tylko przyjemne dla oka, ale przede wszystkim prekursorskie. Zerknijcie na kościół Am Steinhof, Majolikahaus czy Pocztową Kasę Oszczędnościową. Na każdym kroku widać wysublimowaną prostotę i dbałość o detale. Jego projekty zachwycały lekkością i doskonałą symetrią. Budynki były - jak na tamten okres - wręcz surowe i geometryczne, ale też eleganckie. Wybitny przedstawiciel secesji i jednocześnie ojciec modernizmu w latach 90. XIX w. przezwyciężył historyzm - naśladowanie starszych stylów, które było powszechne w architekturze XIX wieku - aby popularyzować nowe budownictwo, odpowiadające potrzebom nowoczesnych ludzi.

Budynek Pocztowej Kasy Oszczędnościowej. dzieło Otto Wagnera fot. SoShe.pl


Przemierzając miasto śladem naszych artystów, wcześniej czy później napotkacie biały budynek bez okien, ozdobiony złotą, koronkową kopułą. To dawna siedziba Secesji Wiedeńskiej. Zanim tu dotrzecie, wiedzieć powinniście, że chociaż secesja narodziła się w Brukseli, to Wiedeń jest nazywany jej stolicą

Cypryjskie must see. 10 miejsc, które trzeba zobaczyć na wyspie Afrodyty
Los Angeles | Hollywood Boulevard - najsłynniejsza ulica świata, która może rozczarować 



W 1897 r. grupa artystów wystąpiła z Wiedeńskiego Domu Sztuki, opanowanego przez artystów konserwatywnych, tworząc własne stowarzyszenie. Młodzi artyści do wystawiania swoich prac potrzebowali pawilonu wystawowego, przestrzeni zapewniającej odrębność i samodzielność. Powstał więc budynek secesji, wzniesiony w latach 1898 - 1899, zaprojektowany przez Josepha Marię Olbricha, ucznia Otto Wagnera. Pierwsza wystawa w 'Wiener Secession' wywołała niemały skandal w ówczesnym Wiedniu. Dziś w piwnicy budynku można podziwiać znane dzieła Klimta pt. "Beethovenfries", fresk obiegający całą salę, którego motywem przewodnim jest poszukiwanie szczęścia. W pozostałych pomieszczeniach znajdziemy prace tworzone dzisiaj. To idealne miejsce na wyciszenie się i refleksję, jak na przestrzeni lat zmieniła się sztuka.

Siedziba Secesji Wiedeńskiej fot. SoShe.pl
W piwnicy budynku można podziwiać dzieło Klimta pt. "Beethovenfries", fresk obiegający całą salę


Miejsce dla każdego



Ludzie siedzą na kolorowych ławkach, przy okrągłych kawiarnianych stolikach. W małych grupkach, pojedynczo lub parami. Czasami odpoczywają z kapeluszem nasuniętym na twarz, dostosowując się do niespiesznego tempa. Ich spokoju nie zakłócają grupy turystów skupiające się na schodach Muzeum Leopoldów. Na obszernym placu w Dzielnicy Muzeów, jednym z największych na świecie terenów poświęconych kulturze, jest miejsce dla każdego.

Muzeum Leopoldów fot. SoShe.pl
Muzeum Leopoldów fot. SoShe.pl
Muzeum Leopoldów fot. SoShe.pl

Wyróżnia się tu prosta, jasna bryła budynku z wapiennego kamienia. To właśnie Muzeum Leopoldów, które obok wiedeńskiego Belwederu, posiada największy na świecie zbiór dzieł Egona Schiele oraz pokaźną kolekcję prac Gustawa Klimta, artystów epoki secesji. Ich dzieła były przełomowe. Osiągają dziś niebotyczne ceny na całym świecie. Zebrali je tu lekarz i kolekcjoner, Rudolf Leopold i jego żona Elżbieta, a precyzyjniej mówiąc, muzeum powstało w 2001 roku wchłaniając ich prywatną kolekcję. Dziś to najczęściej odwiedzana galeria w wiedeńskiej Dzielnicy Muzeów, pełna obrazów, grafik i rzeźb z XIX i XX wieku. Zresztą sama dzielnica ulokowana na krańcach Starego Miasta warta jest poświęcenia nieco więcej czasu. Odbywają się tu wystawy, wieczory autorskie, spektakle taneczne, koncerty artystów z całego świata. Nie zapominajcie o tym po odwiedzinach u Klimta i Schielego.

Kiedy powstało logo

Belweder fot. SoShe.pl
Belweder fot. SoShe.pl
'Pocałunek', najsłynniejsze dzieło Klimta, Belweder fot. SoShe.pl


Z Belwederu, barokowej rezydencji księcia Eugeniusza Sabaudzkiego (1663-1736) panorama Wiednia zapiera dech w piersiach. Widokiem tym zachwycała się Maria Teresa i po dziś zachwyca się nim każdy, kto tu przyjeżdża. Wnętrza dostojnego budynku stanowią idealne tło dla sztuki. Od końca XVIII w. przechowywano tu obrazy należące do rodziny cesarskiej. Dziś barokowy pałac jest galerią z jednym z najcenniejszych zbiorów sztuki w Austrii – z najważniejszymi pracami Egona Schiele i Oskara Kokoschki. Na jednej ze ścian zawisł tu "Pocałunek" Gustava Klimta, zarówno najważniejsze dzieło w całej twórczości tego przywódcy wiedeńskiego modernizmu, jak i szczytowe dokonanie europejskiej secesji. To prawdopodobnie najsłynniejsze dzieło sztuki pochodzącym z Austrii. Obraz porusza emocje. Trudno doczekać momentu, gdy nie gromadzi się przed nim  tłum fanów artysty. Mam wrażenie, że każdy chce przywieźć do domu selfie na tle "Pocałunku", choć poza tym dziełem jest tu jeszcze ponad 30 godnych uwagi obrazów Klimta.

MAK – Muzeum Sztuki Stosowanej fot. SoShe.pl
MAK – Muzeum Sztuki Stosowanej fot. SoShe.pl


W jaki sposób wiedeńska secesja utorowała drogę nowoczesnemu designowi, jak na dłoni widać też w MAK – Muzeum Sztuki Stosowanej. Mnóstwo tu przedmiotów, które sto lat temu urzekały pięknem, dbałością o detale, a dodatkowo były praktycznie urządzone. I o dziwo, niektóre wzory są wciąż aktualne. Zerknijcie na prace stworzone przez Kolomana Mosera, ucznia Wagnera, który rewolucjonizował ówczesny design, przedstawiając światu proste formy i subtelne ornamenty. Był pierwszym twórcą projektów graficznych, zajmował się plakatem i sztuką użytkową. W czasach, kiedy nikt jeszcze nie znał słowa "logo", on już jedno stworzył.