Podróże
Vademecum Stylu
Gotujemy

Wybierz coś dla siebie

Kamerdyner – Muzyka z filmu intryguje, wzrusza, przeraża i rozkochuje



Niezwykły film Filipa Bajona o dramatycznych losach Polaków, Niemców i Kaszubów w ciągu czterech dekad pierwszej połowy XX wieku, musiał otrzymać niezwykłą oprawę dźwiękową. Tak też się stało. 



Rolę kompozytora powierzono młodemu, ale już bardzo doświadczonemu Antoniemu Komasie-Łazarkiewiczowi (pochodzi on z filmowej rodziny; matka i ojciec to znani reżyserzy Magdalena i Piotr Łazarkiewiczowie). Antoni zaś ma już na koncie soundtracki do takich filmów, jak „W ciemności”, „Boisko bezdomnych”, „Janosik. Historia prawdziwa”, „Pokot”, „Konwój”, „Amok” czy „Miasto 44” oraz kilkudziesięciu innych, w tym wielu filmów dokumentalnych, spektakli telewizyjnych oraz seriali. 

 

Muzyka z filmu "Kamerdyner" Filipa Bajona

 


I tym razem ten genialny absolwent Państwowej Szkoły Muzycznej im. Chopina w Warszawie oraz Akademii Muzycznej w Krakowie wywiązał się z powierzonego zadania doskonale. Muzyka z „Kamerdynera” porusza tak samo jak film: intryguje, wzrusza, przeraża i rozkochuje. Powoduje gęsią skórkę, ale i zimny pot na czole. Są też – tak, tak – momenty, gdy wprawia w trans! To nie ten trans, który młodzi znają z imprez techno, a starsi z krautrockowych, psychodelicznych jazd. Tu bowiem wszystko opiera się na muzyce poważnej, tworzonej przy udziale Polskiej Orkiestry Radiowej oraz solistów. Jednak to, co dzieje się w najdłuższym na płycie (8-minutowym) „Der Untergang”, to nic innego jak czysty trans; przeraźliwie zimny, smutny i posępny, do tego złowrogo narastający i brutalnie zakończony. W ogóle mało radości na tej trwającej 50 minut płycie. Jest trochę nadziei w rozpoczynającym album „Pałacu”, „Mateuszu” czy „Fryderyku”.

Jest i nieco ciepła w tytułowym „Kamerdynerze”, lecz im dłużej słuchamy tej płyty, tym więcej zwątpienia, które rośnie z każdą minutą, przeradzając się w pochód rozpaczy (dobitnie to słychać w „Kurcie”, „Wiesz, co o nas mówią?” oraz w „Długich nożach”). Ale przecież sam reżyser miał przed produkcją muzyki powiedzieć kompozytorowi: „Ten film opowiada o rozpadzie świata”. I Łazarkiewicz tego rozpadu w postaci dźwięków również dokonał. Finałowe kompozycje „Piaśnica” oraz „Matka” tylko dopełniają obrazu zniszczenia.



Na koniec trzeba powiedzieć o tym, co rozpoczyna ścieżkę dźwiękową „Kamerdynera”. To niezwykle piękne „Stare drzewa” Korteza. Kortez, czyli Łukasz Federkiewicz, mniej więcej od 2015  roku jest jedną z najjaśniej święcących gwiazd na polskim niebie muzycznym. Jego album „Mój dom” z zeszłego roku dwukrotnie pokrył się platyną i przez wiele tygodni był numerem jeden list sprzedaży. Wykrojone z niego single „Dobrze, że cię mam” czy „Dobry moment” stały się wielkimi przebojami. Dlatego cieszy, że producenci „Kamerdynera” postawili na taką właśnie promocję i filmu, i soundtracku. „Stare drzewa” też stały się przebojem, choć to smutny utwór. I mimo że nie jest reprezentatywny dla ścieżki dźwiękowej, to mam nadzieję, że przyciągnie ludzi do niezwykłej muzyki Antoniego Komasy-Łazarkiewicza. Ten również porusza te same czułe struny co Kortez, tylko innymi środkami.

Waldemar Ulanowski

Murale, wizytówka Łodzi



Zastanawiacie się, jak zwiedzać Łódź? Możliwości jest wiele. Co powiecie na wędrówkę szlakiem tutejszych murali?


Wystarczy spędzić tu kilka dni, by zauważyć, że miasto związane z filmem ma do zaproponowania znacznie więcej niż spacer po osławionej Piotrkowskiej i relaks w Manufakturze. Tu rządzi sztuka, a Łódź to raj dla wielbicieli ulicznego street art'u.



   Zastanawiacie się, jak zwiedzać Łódź? Możliwości jest wiele. Co powiecie na wędrówkę szlakiem tutejszych murali?  Wystarczy spędzić tu kilka dni, by zauważyć, że miasto związane z filmem ma do zaproponowania znacznie więcej niż spacer po osławionej Piotrkowskiej i relaks w Manufakturze. Tu rządzi sztuka, a Łódź to raj dla wielbicieli ulicznego street art'u.  Pierwsze wielkoformatowe malowidła na łódzkich kamienicach i blokach pojawiały się jeszcze w czasach PRL-u. Wciąż znaleźć można pamiątki po tamtych czasach, w sumie ok. 40 malowideł. Obok nich już lata temu pojawiły się nowe, zmieniając szare i ponure ściany w kolorowe, ciekawe obrazy. Ożywiły przestrzeń publiczną. Łódzka galeria pod gołym niebem wciąż się rozrasta. Kolorowych murali regularnie przybywa, pojawiają się jak grzyby po deszczu. Do tego stopnia, że wielkoformatowe malarstwo stało się wizytówką miasta. Niedawno powstał tu nawet pierwszy w Polsce i jeden z trzech na świecie mural trójwymiarowy (przy ul. Pomorskiej 93), który najlepiej oglądać po założeniu specjalnych okularów polaryzacyjnych.   Łódź z sukcesem wypromowała się jako miasto murali, chociaż ich liczba nie jest największa w kraju. Tutejsze dzieła wyróżniają się rozmiarami i tematyką. Część malowideł  nawiązuje do otoczenia, inne mają kontekst historyczny. Ich autorami są artyści z całego świata.   Mural „Łódź”, Piotrkowska 152 jest najstarszym wielkoformatowym muralem, jaki tu powstał (nie licząc czasów PRL-u). Co więcej, kiedy go malowano w 2001 roku, był największym muralem na świecie.  Przejście szlakiem tutejszych murali wymaga czasu i trudno podczas jednego spaceru zobaczyć wszystkie, nawet najciekawsze. W Łodzi organizowane są bezpłatne wycieczki ich szlakiem. Jednak moim zdaniem dużą frajdę sprawia odkrywanie ich na własną rękę, bez szczególnego pośpiechu. Jeśli nie dysponujecie czasem poszukajcie murali w ścisłym centrum Łodzi, w okolicy Piotrkowskiej i w bocznych uliczkach, w pobliżu OFF Piotrkowska.  Marta
fot. SoShe.pl



Pierwsze wielkoformatowe malowidła na łódzkich kamienicach i blokach pojawiały się jeszcze w czasach PRL-u. Wciąż znaleźć można pamiątki po tamtych czasach, w sumie ok. 40 malowideł. Obok nich już lata temu pojawiły się nowe, zmieniając szare i ponure ściany w kolorowe, ciekawe obrazy. Ożywiły przestrzeń publiczną. Łódzka galeria pod gołym niebem wciąż się rozrasta. Kolorowych murali regularnie przybywa, pojawiają się jak grzyby po deszczu. Do tego stopnia, że wielkoformatowe malarstwo stało się wizytówką miasta. Niedawno powstał tu nawet pierwszy w Polsce i jeden z trzech na świecie mural trójwymiarowy (przy ul. Pomorskiej 93), który najlepiej oglądać po założeniu specjalnych okularów polaryzacyjnych.

Łódź z sukcesem wypromowała się jako miasto murali, chociaż ich liczba nie jest największa w kraju. Tutejsze dzieła wyróżniają się rozmiarami i tematyką. Część malowideł  nawiązuje do otoczenia, inne mają kontekst historyczny. Ich autorami są artyści z całego świata.


   Zastanawiacie się, jak zwiedzać Łódź? Możliwości jest wiele. Co powiecie na wędrówkę szlakiem tutejszych murali?  Wystarczy spędzić tu kilka dni, by zauważyć, że miasto związane z filmem ma do zaproponowania znacznie więcej niż spacer po osławionej Piotrkowskiej i relaks w Manufakturze. Tu rządzi sztuka, a Łódź to raj dla wielbicieli ulicznego street art'u.  Pierwsze wielkoformatowe malowidła na łódzkich kamienicach i blokach pojawiały się jeszcze w czasach PRL-u. Wciąż znaleźć można pamiątki po tamtych czasach, w sumie ok. 40 malowideł. Obok nich już lata temu pojawiły się nowe, zmieniając szare i ponure ściany w kolorowe, ciekawe obrazy. Ożywiły przestrzeń publiczną. Łódzka galeria pod gołym niebem wciąż się rozrasta. Kolorowych murali regularnie przybywa, pojawiają się jak grzyby po deszczu. Do tego stopnia, że wielkoformatowe malarstwo stało się wizytówką miasta. Niedawno powstał tu nawet pierwszy w Polsce i jeden z trzech na świecie mural trójwymiarowy (przy ul. Pomorskiej 93), który najlepiej oglądać po założeniu specjalnych okularów polaryzacyjnych.   Łódź z sukcesem wypromowała się jako miasto murali, chociaż ich liczba nie jest największa w kraju. Tutejsze dzieła wyróżniają się rozmiarami i tematyką. Część malowideł  nawiązuje do otoczenia, inne mają kontekst historyczny. Ich autorami są artyści z całego świata.   Mural „Łódź”, Piotrkowska 152 jest najstarszym wielkoformatowym muralem, jaki tu powstał (nie licząc czasów PRL-u). Co więcej, kiedy go malowano w 2001 roku, był największym muralem na świecie.  Przejście szlakiem tutejszych murali wymaga czasu i trudno podczas jednego spaceru zobaczyć wszystkie, nawet najciekawsze. W Łodzi organizowane są bezpłatne wycieczki ich szlakiem. Jednak moim zdaniem dużą frajdę sprawia odkrywanie ich na własną rękę, bez szczególnego pośpiechu. Jeśli nie dysponujecie czasem poszukajcie murali w ścisłym centrum Łodzi, w okolicy Piotrkowskiej i w bocznych uliczkach, w pobliżu OFF Piotrkowska.  Marta
Najpopularniejszy łódzki mural przy Piotrkowskiej fot. SoShe.pl

   Zastanawiacie się, jak zwiedzać Łódź? Możliwości jest wiele. Co powiecie na wędrówkę szlakiem tutejszych murali?  Wystarczy spędzić tu kilka dni, by zauważyć, że miasto związane z filmem ma do zaproponowania znacznie więcej niż spacer po osławionej Piotrkowskiej i relaks w Manufakturze. Tu rządzi sztuka, a Łódź to raj dla wielbicieli ulicznego street art'u.  Pierwsze wielkoformatowe malowidła na łódzkich kamienicach i blokach pojawiały się jeszcze w czasach PRL-u. Wciąż znaleźć można pamiątki po tamtych czasach, w sumie ok. 40 malowideł. Obok nich już lata temu pojawiły się nowe, zmieniając szare i ponure ściany w kolorowe, ciekawe obrazy. Ożywiły przestrzeń publiczną. Łódzka galeria pod gołym niebem wciąż się rozrasta. Kolorowych murali regularnie przybywa, pojawiają się jak grzyby po deszczu. Do tego stopnia, że wielkoformatowe malarstwo stało się wizytówką miasta. Niedawno powstał tu nawet pierwszy w Polsce i jeden z trzech na świecie mural trójwymiarowy (przy ul. Pomorskiej 93), który najlepiej oglądać po założeniu specjalnych okularów polaryzacyjnych.   Łódź z sukcesem wypromowała się jako miasto murali, chociaż ich liczba nie jest największa w kraju. Tutejsze dzieła wyróżniają się rozmiarami i tematyką. Część malowideł  nawiązuje do otoczenia, inne mają kontekst historyczny. Ich autorami są artyści z całego świata.   Mural „Łódź”, Piotrkowska 152 jest najstarszym wielkoformatowym muralem, jaki tu powstał (nie licząc czasów PRL-u). Co więcej, kiedy go malowano w 2001 roku, był największym muralem na świecie.  Przejście szlakiem tutejszych murali wymaga czasu i trudno podczas jednego spaceru zobaczyć wszystkie, nawet najciekawsze. W Łodzi organizowane są bezpłatne wycieczki ich szlakiem. Jednak moim zdaniem dużą frajdę sprawia odkrywanie ich na własną rękę, bez szczególnego pośpiechu. Jeśli nie dysponujecie czasem poszukajcie murali w ścisłym centrum Łodzi, w okolicy Piotrkowskiej i w bocznych uliczkach, w pobliżu OFF Piotrkowska.  Marta
fot. SoShe.pl

   Zastanawiacie się, jak zwiedzać Łódź? Możliwości jest wiele. Co powiecie na wędrówkę szlakiem tutejszych murali?  Wystarczy spędzić tu kilka dni, by zauważyć, że miasto związane z filmem ma do zaproponowania znacznie więcej niż spacer po osławionej Piotrkowskiej i relaks w Manufakturze. Tu rządzi sztuka, a Łódź to raj dla wielbicieli ulicznego street art'u.  Pierwsze wielkoformatowe malowidła na łódzkich kamienicach i blokach pojawiały się jeszcze w czasach PRL-u. Wciąż znaleźć można pamiątki po tamtych czasach, w sumie ok. 40 malowideł. Obok nich już lata temu pojawiły się nowe, zmieniając szare i ponure ściany w kolorowe, ciekawe obrazy. Ożywiły przestrzeń publiczną. Łódzka galeria pod gołym niebem wciąż się rozrasta. Kolorowych murali regularnie przybywa, pojawiają się jak grzyby po deszczu. Do tego stopnia, że wielkoformatowe malarstwo stało się wizytówką miasta. Niedawno powstał tu nawet pierwszy w Polsce i jeden z trzech na świecie mural trójwymiarowy (przy ul. Pomorskiej 93), który najlepiej oglądać po założeniu specjalnych okularów polaryzacyjnych.   Łódź z sukcesem wypromowała się jako miasto murali, chociaż ich liczba nie jest największa w kraju. Tutejsze dzieła wyróżniają się rozmiarami i tematyką. Część malowideł  nawiązuje do otoczenia, inne mają kontekst historyczny. Ich autorami są artyści z całego świata.   Mural „Łódź”, Piotrkowska 152 jest najstarszym wielkoformatowym muralem, jaki tu powstał (nie licząc czasów PRL-u). Co więcej, kiedy go malowano w 2001 roku, był największym muralem na świecie.  Przejście szlakiem tutejszych murali wymaga czasu i trudno podczas jednego spaceru zobaczyć wszystkie, nawet najciekawsze. W Łodzi organizowane są bezpłatne wycieczki ich szlakiem. Jednak moim zdaniem dużą frajdę sprawia odkrywanie ich na własną rękę, bez szczególnego pośpiechu. Jeśli nie dysponujecie czasem poszukajcie murali w ścisłym centrum Łodzi, w okolicy Piotrkowskiej i w bocznych uliczkach, w pobliżu OFF Piotrkowska.  Marta
fot. SoShe.pl

   Zastanawiacie się, jak zwiedzać Łódź? Możliwości jest wiele. Co powiecie na wędrówkę szlakiem tutejszych murali?  Wystarczy spędzić tu kilka dni, by zauważyć, że miasto związane z filmem ma do zaproponowania znacznie więcej niż spacer po osławionej Piotrkowskiej i relaks w Manufakturze. Tu rządzi sztuka, a Łódź to raj dla wielbicieli ulicznego street art'u.  Pierwsze wielkoformatowe malowidła na łódzkich kamienicach i blokach pojawiały się jeszcze w czasach PRL-u. Wciąż znaleźć można pamiątki po tamtych czasach, w sumie ok. 40 malowideł. Obok nich już lata temu pojawiły się nowe, zmieniając szare i ponure ściany w kolorowe, ciekawe obrazy. Ożywiły przestrzeń publiczną. Łódzka galeria pod gołym niebem wciąż się rozrasta. Kolorowych murali regularnie przybywa, pojawiają się jak grzyby po deszczu. Do tego stopnia, że wielkoformatowe malarstwo stało się wizytówką miasta. Niedawno powstał tu nawet pierwszy w Polsce i jeden z trzech na świecie mural trójwymiarowy (przy ul. Pomorskiej 93), który najlepiej oglądać po założeniu specjalnych okularów polaryzacyjnych.   Łódź z sukcesem wypromowała się jako miasto murali, chociaż ich liczba nie jest największa w kraju. Tutejsze dzieła wyróżniają się rozmiarami i tematyką. Część malowideł  nawiązuje do otoczenia, inne mają kontekst historyczny. Ich autorami są artyści z całego świata.   Mural „Łódź”, Piotrkowska 152 jest najstarszym wielkoformatowym muralem, jaki tu powstał (nie licząc czasów PRL-u). Co więcej, kiedy go malowano w 2001 roku, był największym muralem na świecie.  Przejście szlakiem tutejszych murali wymaga czasu i trudno podczas jednego spaceru zobaczyć wszystkie, nawet najciekawsze. W Łodzi organizowane są bezpłatne wycieczki ich szlakiem. Jednak moim zdaniem dużą frajdę sprawia odkrywanie ich na własną rękę, bez szczególnego pośpiechu. Jeśli nie dysponujecie czasem poszukajcie murali w ścisłym centrum Łodzi, w okolicy Piotrkowskiej i w bocznych uliczkach, w pobliżu OFF Piotrkowska.  Marta
fot. SoShe.pl

   Zastanawiacie się, jak zwiedzać Łódź? Możliwości jest wiele. Co powiecie na wędrówkę szlakiem tutejszych murali?  Wystarczy spędzić tu kilka dni, by zauważyć, że miasto związane z filmem ma do zaproponowania znacznie więcej niż spacer po osławionej Piotrkowskiej i relaks w Manufakturze. Tu rządzi sztuka, a Łódź to raj dla wielbicieli ulicznego street art'u.  Pierwsze wielkoformatowe malowidła na łódzkich kamienicach i blokach pojawiały się jeszcze w czasach PRL-u. Wciąż znaleźć można pamiątki po tamtych czasach, w sumie ok. 40 malowideł. Obok nich już lata temu pojawiły się nowe, zmieniając szare i ponure ściany w kolorowe, ciekawe obrazy. Ożywiły przestrzeń publiczną. Łódzka galeria pod gołym niebem wciąż się rozrasta. Kolorowych murali regularnie przybywa, pojawiają się jak grzyby po deszczu. Do tego stopnia, że wielkoformatowe malarstwo stało się wizytówką miasta. Niedawno powstał tu nawet pierwszy w Polsce i jeden z trzech na świecie mural trójwymiarowy (przy ul. Pomorskiej 93), który najlepiej oglądać po założeniu specjalnych okularów polaryzacyjnych.   Łódź z sukcesem wypromowała się jako miasto murali, chociaż ich liczba nie jest największa w kraju. Tutejsze dzieła wyróżniają się rozmiarami i tematyką. Część malowideł  nawiązuje do otoczenia, inne mają kontekst historyczny. Ich autorami są artyści z całego świata.   Mural „Łódź”, Piotrkowska 152 jest najstarszym wielkoformatowym muralem, jaki tu powstał (nie licząc czasów PRL-u). Co więcej, kiedy go malowano w 2001 roku, był największym muralem na świecie.  Przejście szlakiem tutejszych murali wymaga czasu i trudno podczas jednego spaceru zobaczyć wszystkie, nawet najciekawsze. W Łodzi organizowane są bezpłatne wycieczki ich szlakiem. Jednak moim zdaniem dużą frajdę sprawia odkrywanie ich na własną rękę, bez szczególnego pośpiechu. Jeśli nie dysponujecie czasem poszukajcie murali w ścisłym centrum Łodzi, w okolicy Piotrkowskiej i w bocznych uliczkach, w pobliżu OFF Piotrkowska.  Marta
fot. SoShe.pl


Mural przy Piotrkowskiej 152 jest najstarszym wielkoformatowym muralem, jaki tu powstał (nie licząc czasów PRL-u). Co więcej, kiedy go malowano w 2001 roku, był największym muralem na świecie.

Przejście szlakiem tutejszych murali wymaga czasu i trudno podczas jednego spaceru zobaczyć wszystkie, nawet najciekawsze. W Łodzi organizowane są bezpłatne wycieczki ich szlakiem. Jednak moim zdaniem dużą frajdę sprawia odkrywanie ich na własną rękę, bez szczególnego pośpiechu. Jeśli nie dysponujecie czasem poszukajcie murali w ścisłym centrum Łodzi, w okolicy Piotrkowskiej i w bocznych uliczkach, w pobliżu OFF Piotrkowska.

Marta

Zakochaj się w Łodzi. Subiektywny przewodnik


Nie sądziłam, że Łódź spodoba mi się do tego stopnia, że będę chciała do niej wracać i odkrywać ją na nowo. A jednak!  Piotrkowską i okolice Manufaktury oswoiłam już jakiś czas temu. Przyszedł czas na spenetrowanie innych zakamarków miasta. Ile da się zobaczyć w weekend? Całkiem sporo. Da się też smacznie zjeść. Podpowiem wam, jak znaleźć najciekawsze miejsca.


Zamieszkałam w hotelu w centrum miasta, tuż obok Piotrkowskiej. Istotne to o tyle, że po mieście przemieszczałam się wyłącznie pieszo. Odległości nie są małe, ale nie trzeba uprawiać triathlonu, by je pokonać. Zaczynamy!


Manufaktura fot. SoShe.pl

Łódź filmowa


Łódź wygląda jak wielki plener filmowy. Jeśli jesteście fanami polskiego kina, będziecie zachwyceni. Jeśli nie interesujecie się filmem, te miejsca również zrobią na was wrażenie. Zapewniam.
Historia polskiej kinematografii bardzo mocno związana jest z tym miastem. W 1899 r. bracia Krzemińscy właśnie tutaj założyli pierwsze stałe kino na ziemiach polskich (to miejsce wciąż funkcjonuje, jest w nim hotel, o którym później). Łódź znana jest też z wielu filmów. Kręcono tu choćby "Daleko od szosy", "Karierę Nikodema Dyzmy", "Vabank" i oczywiście "Ziemię obiecaną". Śmiało możecie wyruszyć w wędrówkę po Łodzi szlakiem zrealizowanych tutaj filmów.

Ja swój spacer zaczęłam od słynnej Szkoły Filmowej, jednej z najstarszych i najlepszych w świecie szkół uczących filmowców. Uczelnia przy ulicy Targowej zajmuje kilka budynków. Najbardziej znany jest rektorat mieszczący się w fabrykanckim pałacyku Oscara Kona. Osławionych schodów, na których siadali Wajda, Polański czy Kieślowski, nie będziecie długo szukać - są tuż przy wejściu. Zdjęcie w tym miejscu to pamiątka obowiązkowa.


Łódzka filmówka fot. SoShe.pl

Dziekanat Szkoły Filmowej fot. SoShe.pl


Tuż obok szkoły, w pałacu Karola Scheiblera w parku Źródliska, znajdziecie wyjątkowe Muzeum Kinematografii, miejsce wyjątkowe, w którym dobrze poczują się starsi i dzieci. Jest tu wszystko, co związane jest z kinem: filmy, plakaty, elementy scenografii, urządzenia techniczne i pamiątki związane z kinematografią. Są też zaaranżowane plany filmowe. Można wejść do pokoju Misia Uszatka i zajrzeć do budy Reksia. Jeżeli jesteście fanami polskich bajek, to pozycja obowiązkowa na waszej liście.

Muzeum Kinematografii fot. SoShe.pl

Muzeum Kinematografii fot. SoShe.pl

Muzeum Kinematografii fot. SoShe.pl

Muzeum Kinematografii fot. SoShe.pl


Na na dziedzińcu Muzeum Kinematografii znajdziecie kilka rekwizytów wykorzystanych w filmie "Kingsajz" Juliusza Machulskiego, który również kręcono w Łodzi. Jest czajnik, z którego wyglądał Kilkujadek, telefon gigant i wielki but.

Hollyłódź to też wzorowana na hollywoodzkiej Aleja Gwiazd. Tutejszą Walk of Fame znajdziecie na ul. Piotrkowskiej - biegnie ona przed kinem „Polonia" przy ul. Piotrowskiej 67 oraz po drugiej stronie ulicy, przed Grand Hotelem. Zatrzymajcie się tu na chwilę i poszukajcie nazwisk wybitnych postaci polskiego środowiska filmowego - aktorów, reżyserów, scenografów i operatorów.

Aleja Gwiazd fot. SoShe.pl


Łódź bajkowa

Kot Filemon i Ferdynand Wspaniały na szlaku fot. SoShe.pl


Łódź  Bajkowa to pomysłowy szlak turystyczny, idealny dla rodzin z dziećmi. Prowadzi śladami małych pomników przedstawiających bohaterów seriali dla dzieci i filmów Studia Małych Form Filmowych Se-ma-for. Przy ul. Piotrkowskiej 87 stoi Miś Uszatek, którego (zapewne) odwiedziliście już w Muzeum Kinematografii. Obok Galerii Łódzkiej znajdziecie pomnik Ferdynanda Wspaniałego, przy Palmiarni usadowił się Wróbelek Ćwirek, a Plastuś w parku im. Henryka Sienkiewicza. Szukajcie pozostałych pomników, to naprawdę fajna zabawa. 


Łódź fabryczna


Łódź Fabryczna, zapytacie? Tak właśnie nazywa się tutejsza główna stacja kolejowa. Zachęcam was do jej odwiedzenia. Dużo tu wolnej przestrzeni, wewnątrz znajdziecie murale (większość zlokalizowana jest w poczekalniach). Szklany budynek dworca robi wrażenie, jest największym i najdroższym dworcem w Polsce, ale też jedną z najnowocześniejszych tego typu budowli w Europie. Dość powiedzieć, że w ubiegłym roku był jednym z 32 kandydatów wytypowanych przez National Geographic do tytułu 7 Nowych Cudów Polskich.

Dworzec fot. SoShe.pl


Dworzec fot. SoShe.pl



Dworzec znajdziecie w obrębie ulic: Kilińskiego, Alei Rodziny Poznańskich, Alei Rodziny Scheiblerów, Tuwima. Obok znajduje się Centrum Nauki i Techniki, Planetarium i wiele innych atrakcji w zrewitalizowanej elektrociepłowni EC1.

Główna stacja kolejowa powstała z inicjatywy przemysłowca  Karola Scheiblera, jeszcze w 1866 roku. I właśnie pałace dawnych właścicieli fabryk mam na myśli polecając wam szlak nazwany na potrzeby tego przewodnika "Łódź Fabryczna".

Miejsc wartych odwiedzenia jest tu wiele. Na plan pierwszy wysuwa się osławiona Manufaktura, wielkich rozmiarów wizytówka miasta, miejsce nieprzerwanie tętniące życiem. W Manufakturze znajdziecie wszystko, co niezbędne jest wam do rozrywki - kino, teatr, studio tańca, kręgielnię. Są też muzea, w których poznacie historię tego miejsca. Zajrzyjcie do Muzeum Fabryki, w którym odkryjecie historię zakładów włókienniczych stworzonych przez Izraela Poznańskiego w drugiej połowie XIX. wieku, na terenie których mieści się Manufaktura. Tuż obok, w bliskim sąsiedztwie budynków fabrycznych stoi efektowny budynek, dawniej Pałac Poznańskich, a dziś Muzeum Miasta Łodzi. To kolejne świetne miejsce na poznanie tutejszej historii.



Manufaktura fot. SoShe.pl

Manufaktura fot. SoShe.pl

Manufaktura fot. SoShe.pl


Jeśli wciąż poszukujecie klimatów dawnej Łodzi i miejsc mocno związanych z tutejszą tradycją, zajrzyjcie na Księży Młyn, do największego zabytkowego kompleksu fabrycznego miasta. To rozległa dzielnica, która nie pozbyła się dziewiętnastowiecznego ducha. Mury z czerwonej cegły pamiętają Karola Scheiblera, najbogatszego łódzkiego przemysłowca.

Księży Młyn fot. SoShe.pl

Księży Młyn fot. SoShe.pl

Księży Młyn to tak naprawdę cały zespół fabryczno-mieszkalny, który funkcjonował jako samowystarczalne miasto w mieście, wzorowane na angielskich osadach przemysłowych. Pod koniec XIX w. Scheibler zbudował tu największą przędzalnię w Królestwie Polskim, domy dla robotników, dwa szpitale, szkołę, straż pożarną, dom kultury, bocznice kolejowe i imponujący zespół pałacowy.
Po spacerze między dawnymi domami oddech złapiecie w Źródliskach, najstarszym łódzkim parku.



Gdzie spać


Vienna House Andel's Łódź

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl
Hotel Andels

Hotel, w którym można poczuć prawdziwy klimat Łodzi, który robi wrażenie pod każdym względem. Znajdziecie go w zabytkowym budynku dawnej przędzalni fabryki Izraela Poznańskiego, czyli w Manufakturze. Świetna lokalizacja i fantastyczny design. Warto!


Stare Kino Cinema Residence

 fot. SoShe.pl

 fot. SoShe.pl

fot. Stare Kino Cinema Residence



W XIX-wiecznym budynku usytuowanym w środkowej części popularnej ul. Piotrkowskiej znajdziecie prawdziwą perełkę, którą z powodzeniem wpisać można na szlak "Łódź filmowa". To butikowy hotel idealny dla tych, którzy kochają kino, bowiem to jedyny w Polsce hotel o filmowym charakterze. Co więcej, funkcjonuje w miejscu, w którym w roku 1899 bracia Krzemińscy otworzyli pierwsze, stałe kino na ziemiach polskich.
Design filmowych pokoi zaskakuje. Można tu spędzić noc w "Ziemi obiecanej", "Stawce większej niż życie", albo wskoczyć do "Kingsajzu". Są też apartamenty, w których motywem przewodnim są elementy z filmów "Ojciec chrzestny", "Przeminęło z wiatrem" czy "Casablanca".


Gdzie jeść


Off Piotrkowska. Znajdziecie tu wszystko, czego potrzebujecie.
 

Off Piotrkowska fot. SoShe.pl
Off Piotrkowska fot. SoShe.pl
Off Piotrkowska fot. SoShe.pl


Marta





Fischbrötchen, czyli kulinarna gwiazda Uznam i Rugii


Jest prawdziwą gwiazdą, zna go tu każdy. Bywa, że występuje solo, choć najczęściej spotkać go można w otoczeniu smakowitych dodatków. Jeśli tylko wybierzecie się na Uznam czy Rugię, lub inną niemiecką wyspę, na pewno spotkacie Fischbrötchen, śledzia w bułce, którego smaku nie zapomina się do końca życia. Smak, który wprowadza w swojski, lokalny koloryt.


Ryby rządzą kulinarnym światem. Brytyjczycy mają swoje fish and chips, Portugalczycy szprotki i bacalhau, Niemcy zaś Fischbrötchen. Dziś o tym ostatnim, o daniu, w którym nie ma nic skomplikowanego, i którym nad niemieckim Bałtykiem zajadają się wszyscy. Jeśli się tam wybieracie, to wasze "must eat".

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl


Tak naprawdę to typowy tutejszy fast food, zwany burgerem północy. Fischbrötchen (z niem. bułka z rybą) robi się chyba szybciej niż zamawia. Wystarczy kilka składników. Bazą jest wspaniały, gruby, mięsisty kawał śledzia i dobrej jakości biała bułka, wśród dodatków pojawia się sałata, cebula, pomidor, ogórek. Bułkę z rybą dostaniecie też w innych wersjach - z makrelą, węgorzem, łososiem, szprotkami, krabem, nawet z krewetkami, jednak te ze śledziem są najbardziej charakterystyczne dla wybrzeża i (moim zdaniem) najsmaczniejsze.

Dobry smak broni się sam, a przyjemności jedzenia nic nie jest w stanie zafałszować. Nikt też nie jest w stanie doradzić, co smakuje najlepiej. Kiedy w Kamminke przed tablicą z wypisanymi wersjami dania dostałam oczopląsu i zapytałam panią sprzedającą, co powinnam wybrać, usłyszałam, że ona nie jest w stanie, a nawet nie chce nic mi podpowiedzieć. Wszystkie są pyszne. Spróbowałam kilka i przekonałam się, że miała rację.
Co polecam? Spróbujcie bułki z matiasem, delikatnym, naturalnie tłuściutkim i łagodnym w smaku. Rewelacyjne są też Fischbrötchen w wersji ze śledziem podwędzanym czy z zalewy octowej (tzw. Bismarki). Mogą być podane w płacie lub w rolce (czyli klasyczny rolmops).


fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl


Na Uznamie czy na Rugii Fischbrötchen zjecie w barach szybkiej obsługi, zwanych w Niemczech Imbissstand. Burger północy znajdziecie też na festiwalach folklorystycznych i oczywiście na targach rybnych. Zjedzenie kanapki z rybą jest też częścią wizyty w Hamburgu, jak rejs statkiem czy spacer po Reeperbahn. Smacznego!

Marta

Co David Bowie robił w Berlinie?

Komu David Bowie kojarzy się z Berlinem? Założę się, że niewielu z was. Tymczasem właśnie w Berlinie Bowie nagrał swoje dwie najlepsze płyty. Berlin go fascynował. W tym mieście, między innymi w towarzystwie Iggy Popa spędził kilka intensywnych chwil swojego życia. Spróbujmy podążyć śladami muzyka.

Hansa Studio fot. SoShe.pl


W 1976 roku David Bowie był u szczytu sławy. Działał na scenie prawie 10 lat. Miał na koncie mnóstwo niezwykle udanych singli (m.in. „Space Oddity”, „Changes”, „Life on Mars?”, „Starman”, „Five Years”, „Rebel Rebel”, „Fame” czy „TVC15”) oraz kilka wybitnych albumów (choćby kultowy „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars”, mega-przebojowe „Alladin Sane” i „Young Americans” oraz ambitny „Station to Station”). Po tej ostatniej płycie udał się w męczącą trasę koncertową po Europie i Ameryce Północnej. Do tego zdążył jeszcze zagrać główną rolę w filmie science-fiction „Człowiek, który spadł na ziemię”. Życie światowej gwiazdy coraz mocniej odbijało się na kondycji Bowiego – tak fizycznej jak i psychicznej. Kto choć trochę orientuje się w temacie, wie, z czym to się wiązało. Szczególnie mocno Thin White Duke’a (bo takie alter ego wówczas przybrał po „uśmierceniu” Ziggy Stardusta) przybiły narkotyki. Widać to było w coraz bardziej marnej posturze muzyka, a i z głową potrafił mieć nie wszystko w porządku. Objawiało się to w przypadku wywiadów prasowych, gdzie bełkotał coś o Hitlerze jako pierwszej gwieździe popu i rzekomej fascynacji nazistowskimi przywódcami (były też oskarżenia o rasizm).

Na szczęście ten chory epizod nie zmarnował mu kariery, ale widać było, że Bowie się pogubił i wymagał leczenia. Niespecjalnie w walce z uzależnieniem pomagała mu przyjaźń z „efant terrible” rocka, protoplastą punka i liderem nieodżałowanych The Stooges, Iggy Popem. A żeby było jeszcze bardziej depresyjnie, to David zaczął mieć kłopoty finansowe; wszystko bowiem kosztuje, wystawne życie i używki szczególnie. Dlatego postanowił trochę zwolnić. Najpierw zamieszkał w spokojnej Szwajcarii, a potem przeniósł się do RFN, konkretnie do Berlina Zachodniego (tak, tak, był kiedyś taki dziwny twór na mapie świata – to informacja dla młodych czytelników).

Dlaczego właśnie tam? Zacznijmy od bardziej przyziemnych kwestii. Było taniej, a Bowie starał się już nie szastać forsą (zdarzały się nawet tak nie przystające do życia gwiazdki przypadki, jak to, że był strofowany przez żonę za to, że kupił sobie marynarkę za… 100 funtów). Jednak nie oszukujmy się. Nie to było główną przyczyną wyboru nowego miejsca do życia. Bowie mógł znaleźć przecież jeszcze tańsze i nadal ciekawe miejsca. Zainteresował się Berlinem, bo zafascynowany był sztuką współczesną , która kwitła tam w najlepsze, ale przede wszystkim (w końcu był głównie muzykiem, choć zdarzało mu się malować) padł na kolana przed niemiecką sceną elektroniczną i kraut-rockową. Chciał być jak najbliżej takich zespołów, jak Kraftwerk, Can, Neu! Czy Tangerine Dream; chciał oddychać ich powietrzem i czerpać inspiracje. Do tego zakolegował się z twórcą ambientu i byłym klawiszowcem Roxy Music, Brianem Eno. To miało dać niesamowity, rewolucyjny efekt na nowej płycie Davida Bowiego „Low” (początkowo miała nazywać się bardziej realistycznie „New Music Night and Day”).

Jednak szlak bojowy do „Low” Bowie przetarł pomagając Iggy Popowi w jego powrocie na scenę. To, co będzie na berlińskich albumach Davida, słychać też na solowych krążkach lidera The Stooges („The Idiot” i „Lust for Life” – oba wydane w 1977 roku, obu producentem był David Bowie), czyli mroczne, elektroniczne brzmienia, jednostajny rytm, depresja, objawy szaleństwa.

Klimat Berlina Zachodniego naprawdę daje się we znaki na tych nagraniach, których dokonywano w słynnym Hansa Studios przy Kothener Strasse na Kreuzbergu (legendarna jest głównie sala Meistersaal, monumentalna, zabytkowa, z niepodrabialną akustyką). Hansa Studios z racji umiejscowienia nazywane było „Hansa by the wall” i faktycznie mieściło się tuż przy Murze Berlińskim, który dzielił nie tylko miasto, ale był też symboliczną granicą między cywilizowanym światem zachodnim a światem stłamszonym i przybitym przez komunistyczny Związek Sowiecki (co nie przeszkadzało Bowiemu wybrać się tam dwa razy; z jednej z tych podróży przywiózł inspiracje do instrumentalnego kolosa, który znalazł się potem na „Low” pod wiele mówiącym nam tytułem… „Warszawa”).

Ciekawie o pracy w studiu przy murze opowiadał Tony Visconti, współproducent berlińskich płyt Bowiego. Mówił on, że czasami strażnicy stacjonujący na wieżyczkach po wschodniej części muru próbowali podejrzeć ich w studiu, kierując światła reflektorów w stronę ich okien, co nadawało ich zajęciu i abstrakcyjnego, ale też i przerażającego posmaku, szczególnie że żołnierze ci wyposażeni byli nie tylko w światło, ale i broń palną z ostrą amunicją.

Na stronie internetowej Hansa Studio znajdziecie informacje o organizowanych regularnie wycieczkach szlakiem Bowiego fot. musictours-berlin.de
Berlińskie mieszkanie Bowiego przy ul. Hauptstrasse


Słuchając obu nagranych w Berlinie płyt Bowiego, czyli „Low” i „Heroes”, nie dziwmy się ich dusznej, przygnębiającej atmosferze. W Hansa Studios w tych czasach nie mogła powstać wesoła, skoczna muzyka. Widać to nawet po liście nagranych tu krążków. Oprócz depresyjnych albumów Bowiego i Popa (wszystkie cztery wydane w jednym 1977 roku), rejestrowano tu mroczne „Force Majeure” Tangerine Dream (1979 rok), zimne „Night Time” Killing Joke (1984) i utrzymane w podobnym klimacie „Brilliant Trees” (1984) – solowe dokonanie lidera Japan, Davida Sylviana.

W Hansa Studios Fish i spółka nagrali w 1985 hitowy album Marillion „Misplaced Childhood” i również o tej płycie można powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest przepełniona radością. Królują na niej bowiem nostalgia, smutek, chłód. Inni giganci muzyki z lat 80., czyli Depeche Mode, miksowali w Hansie swoje trzy najbardziej mroczne albumy: „Construction Time Again” (1983), „Some Great Reward” (1984) i „Black Celebration” (1986).

Dodajmy jeszcze na koniec, że przy Murze Berlińskim nagrywali Nick Cave and The Bad Seeds, The Psychodelic Furs, Siouxie and The Banshees, Wire czy Pixies, a już mamy całkowity dowód na to, że miejsce studia miało gigantyczny wpływ na artystów w nim nagrywających. Nawet kiedy U2 przyjechali tu jesienią 1990 roku, czyli już po zburzeniu muru, to i tak nagrali depresyjną „Achtung Baby”.



Hansa Studio wciąż istnieje fot. SoShe.pl

Dzisiaj Hansa nadal istnieje w tym samym miejscu, już mocno okrojona do jednego studia. Po śmierci Davida Bowiego w oknie Meistersaal wystawiono jego wielkie zdjęcie. Bo był Bowie tego studia najważniejszym gościem.

Waldemar Ulanowski

Bezglutenowe placuszki bananowe | Przepis


Danie, które robi się samo. No, prawie. A już z całą pewnością poradzi sobie z nim osoba, która gotować nie lubi. Idealne także do pichcenia z dziećmi. Przed wami placuszki bananowe!

placuszki bananowe dla dzieci, placuszki bananowe fit, puszyste placuszki bananowe, placuszki , placuszki bananowe dietetyczne, placuszki bananowe bez jajek, placki bananowe bezglutenowe,
fot. SoShe.pl


Składniki



• 2 niewielkie banany (najlepiej bardzo dojrzałe, które są najsłodsze)
4 łyżki mąki jaglanej
• łyżka cukru (opcjonalnie)
• duża łyżka jogurtu
0,5 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia (lub sody)
• olej do smażenia (polecam kokosowy)

Sposób przygotowania 


Banany rozgniatamy widelcem, dodajemy pozostałe składniki i wszystko razem mieszamy na jednolitą masę - nie ma potrzeby używania blendera, wystarczy łyżka.jeśli ciasto będzie zbyt rzadkie, wystarczy dodać nieco więcej mąki.
Na patelni (najlepiej teflonowej) dobrze rozgrzewamy niewielką ilość oleju i wykładamy po łyżce ciasta, tworząc z niego okrągłe placki. Smażymy z obu stron na złoty kolor. Podajemy z owocami, jogurtem, konfiturą lub syropem klonowym. Smacznego! 

Z Uznam na Usedom, czyli slow life nad niemieckim Bałtykiem


Poznaliście już Maltę, Kretę i Majorkę? Nadszedł więc czas, by spenetrować równie urokliwe wyspy Morza Bałtyckiego. Zabieram was na Uznam, a dokładniej niemiecką część wyspy zwanej u naszych sąsiadów Usedom. Zaręczam, że zachwyci was ten uroczy kawałek ziemi, znajdziecie tu spokój i zjecie wybitne śledzie.


Zauważyłam, że coraz więcej osób odkrywa niemieckie wybrzeże. Popularna wśród naszych podróżników staje się spokojna Rugia. Nieco bliżej mamy Uznam, wyspę, której tylko niewielki fragment leży po polskiej stronie granicy. 

 

  
fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl


Są tacy, którzy twierdzą, że Uznam po niemieckiej stronie to namiastka Lazurowego Wybrzeża. Aż tak bardzo bym się nie zapędzała, choć rzeczywiście wyspa potrafi zachwycić. Białe kosze chroniące plażowiczów przed wiatrem kontrastują z kolorem wody Bałtyku, który tutaj jest jakby bardziej błękitny niż w Sopocie czy Ustce. To zapewne zasługa prądów morskich. Plaże pełne jasnego piasku są szerokie, czyste, a pastelowe domy obsiane wieżyczkami i bogato zdobionymi gzymsami przenoszą nas na początek XX wieku. Widać dbałość o detale. Brakuje ulicznych handlarzy, reklam czy głośnej muzyki, za którymi trudno tęsknić. Jest przestrzeń bez nagromadzenia tandetnej pstrokacizny. Co więcej? Swój raj znajdą tu zapewne naturyści, którym udostępniono tu (podobno) 30 plaż.

Niemal wszędzie dostaniecie rewelacyjnego śledzia w bułce (Fischbrötchen). To typowy niemiecki fast food, tutejsze "must eat", wspaniały, gruby, mięsisty kawał ryby z cebulką (czasami też z sałatą czy ogórkiem), danie genialne w swej prostocie. Radzę wam dobrze, abyście bez spróbowania tego rarytasu nie opuszczali wyspy. Ja właśnie dla śledzia wróciłam na Uznam.
Typowy dla tego miejsca jest też backfish – coś w rodzaju fishburgera ze smażoną rybą, znajdziecie również sandacze czy flądry. Na Uznamie są też niemieckie klasyki, czyli bułka z kiełbasą (wurstem) i musztardą w towarzystwie piwa, choć większość osób zamawia... ryby.



fot. SoShe.pl


Na Uznam, a dokładniej na jej niemiecką część, samochodem dotrzeć można przez Świnoujście lub od strony Niemiec, wybierając trasę przez Szczecin, Pasewalk, Anklam i dalej do Zinnowitz.

Droga przez Świnoujście dla wielu osób może być przygodą, bowiem przeprawić się tu trzeba promem - i nie ma znaczenia, czy do wykorzystania mamy rower czy samochód. Prom Karsibór jest bezpłatny, a sama przeprawa nie trwa długo (10-15 min). Prom jest też pojemny, mieści naprawdę wiele samochodów. Nie martwcie się więc, kiedy podjeżdżając pod przeprawę promową, ustawicie się w długim ogonku.

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl


Po Uznam poruszałam się samochodem, jednak jestem przekonana, że wiele frajdy sprawi wam zwiedzanie wyspy na rowerze. Na jednośladzie bez problemu można odkrywać każdy zakamarek wyspy, da się nim dojechać wszędzie. Poza tym rowerzystom zapewniono tu masę udogodnień i przygotowano dla nich idealne ścieżki rowerowe.
Jeśli nie macie własnego roweru, skorzystajcie z programu UsedomRad, który polega na tym, że w jednym miejscu wypożyczacie rower, a oddajecie go w drugim. Bardzo praktyczne.

Ahlbeck

 

Pastelowe wille, pensjonaty, hotele zachwycają tu architekturą, jedynym w swoim rodzaju stylem ukształtowanym tu na przełomie XIX i XX wieku. Są naprawdę bajkowe, trudno oderwać od nich wzrok. Spacer między budynkami jest niczym przeniesienie się w czasy Belle Epoque.
Dawniej Ahlbeck nazywany był cesarskim kurortem lub królewskim kąpieliskiem (domyślacie się, kto tu wypoczywał), podobnie jak znajdujące się nieopodal Heringsdorf i Bansin, które z czasem scaliły się w jeden organizm.
Zwróćcie uwagę na molo w Ahlbecku, o długości 280 m, z drewnianym budynkiem restauracyjnym. Powstało w 1899 r., a odrestaurowano je w latach 90. ubiegłego wieku.
W centrum wiele się dzieje to tu koncentruje się życie towarzysko-rozrywkowe. Tuż przy wejściu na molo można zjeść miejscowe specjały. O śledziu już wspominałam. Można tu też posiedzieć i posłuchać kameralnych koncertów, albo po prostu pospacerować.


fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

Zinnowitz

 

W północnej części wyspy usadowił się uroczy Zinnowitz trzecie, po Heringsdorf i Świnoujściu, najstarsze uzdrowisko na Uznamie.
Szeroka na 40 metrów plaża z jasnym, drobnoziarnistym piaskiem wygląda uroczo, jednak chyba wszyscy przyjeżdżają tu, by zobaczyć drewniane molo i nadmorską promenadę, które pamiętają czasy cesarza Wilhelma II. Obok drewnianego mola znajduje się największa atrakcja miejscowości - podwodna kapsuła, dzięki której można oglądać bałtyckie głębiny. Zielono-złota konstrukcja zanurza się w wodzie na blisko 45 minuty, stając się swoistą łodzią podwodną. Nie jest to raczej atrakcja dla osób z klaustofobią.


fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

Peenemuende

 

Na zachodnim krańcu wyspy odkryć można niemiecki ośrodek badań nad nowymi broniami III Rzeszy, czyli  "tajna broń Hitlera", jak mawiał o tym miejscu Goebbels. To z tego miejsca w październiku 1942 roku po raz pierwszy w historii ludzkości wystrzelono rakietę, która przekroczyła próg przestrzeni kosmicznej. I również tu produkowano słynne rakiety balistyczne pionowego startu V1 i V2.
Na miejscu jest muzeum, w którym zobaczyć można m.in. procesy budowy rakiety. Zwiedzanie (gruntowne) całego kompleksu zajmuje ok 4-5 godzin, miejcie to na uwadze.
Tuż przy molo buja się na wodzie radziecki okręt podwodny. Odniosłam wrażenie, że to największa atrakcja dla panów, podobnie jak zakupy w sklepiku z militarnymi pamiątkami.
Choć sama miejscowość nie zalicza się raczej do uroczych - sporo tu rozpadających się bloków i zaniedbanych terenów - warto tu wpaść.

 
fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

Stolpe auf Usedom

 

Nazwa tej miejscowości ma pochodzenie słowiańskie i pochodzi od słowa stolp, czyli "słup, pal", zupełnie jak polski Słupsk.
Warto tu wpaść na spacer. Jest tak cicho, sielsko i spokojnie, że można odnieść wrażenie, że nikt tu nie mieszka. Tymczasem położone w południowo-zachodniej części wyspy Stolpe jest jednym z najstarszych miast na Uznamie, a jego atrakcją jest odnowiony zamek.


fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

 


Zwiedzając Uznam po niemieckiej stronie zerknijcie też na motylarnię w Trassenheide, grobowiec książąt pomorskich w Wolgast, młyn holenderski w Benz, zamek na wodzie w Mellenthin, muzeum NRD (czyli DDR Museum) czy jezioro Wolgastsee leżące tuż obok Ahlbeck. Są tu też termy i ogród botaniczny. Czy na Uznamie ktoś może się nudzić?

fot. SoShe.pl

Marta