Lifestyle
Vademecum Stylu
Kultura

Wybierz coś dla siebie

Piękna, straszna opowieść



Nie każdy jest w stanie wejść w świat Zdzisława Beksińskiego. To zdanie wcale nie musi być przenośnią, bo zdarzało się, że ludzie nie dawali rady przekraczać progów galerii z jego dziełami. Świat faktycznie przerażający, nie pozostawiający złudzeń i nadziei, uderzający bezwzględną mocą okropności i mroku. Ale może i przez to świat ten jest tak pasjonujący, tak wciągający…


„One piece of you/One piece of me/One empty heart/One broken dream/At empty bus stop late at night/Pretending everything’s all right”. Tymi słowami zaczyna się album „Moonshine” legendy polskiego progrocka grupy Collage. Jeśli zagłębić się bardziej w te niby dość proste zdania, można w nich odnaleźć metaforę życia Zdzisława Beksińskiego. Przecież to był taki zwykły człowiek, mężczyzna, którego moglibyśmy spotkać rano na rynku, gdzie mógłby mieć stoisko z warzywami. Uśmiechnięty, nieco jowialny pan. A jednak tylko „udający, że wszystko jest w porządku”. 


Muzeum w Sanoku


Historię Beksińskiego, czy szerzej, całej rodziny Beksińskich, świetnie opisała Magda Grzebałkowska w książce „Beksińscy. Portret podwójny”. Swoje dodał do tematu redaktor naczelny „Teraz Rocka” Wiesław Weiss, w książce o losach syna Artysty, słynnego dziennikarza muzycznego („Tomasz Beksiński. Portret prawdziwy”). Najwięcej pewnie jednak zrobił – jak zwykle, choć nie musi to być komplement – film „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego. Dlatego każdy zainteresowany albo już zna tę piękną, ale i bardzo smutną opowieść o Beksińskich, albo może to szybko nadrobić.

Wracajmy więc do twórczości Mistrza Zdzisława, bo o Muzeum Historycznym w Sanoku, gdzie mieści się największy na świecie zbiór Jego dzieł, ma być ten artykuł. Wróćmy też i do zespołu Collage i jego płyty „Moonshine”, z której zaczerpnąłem fragment tekstu. Otóż okładkę tego wydanego w 1994 roku albumu zdobi reprodukcja obrazu Zdzisława Beksińskiego z 1979 roku. Z uzyskaniem zgody Mistrza nie było większego problemu, ponieważ partycypował przy tym Tomasz Beksiński, który od początku istnienia grupy Collage mocną ją wspierał, aż stał się przyjacielem zespołu. Sam obraz można ciągle podziwiać w sanockim muzeum i muszę przyznać, że jako dla fana muzyki robi to niesamowite wrażenie. A sama grupa Collage wykorzystała jeszcze inny obraz Beksińskiego na kolejnej płycie („Safe” z 1996 roku).

Sanok dzisiaj zawdzięcza naprawdę dużo Zdzisławowi Beksińskiemu. Pewnie niewielu by się dziś wybrało do tego pełnego uroku, a jednak przez swoje położenie geograficzne nieco prowincjonalnego miasteczka, gdyby nie twórczość Artysty. Tylko ci, którzy celowo wybierają się w Bieszczady, mają obowiązek przejechać przez Sanok, kierując się potem na Zagórz, Lesko, Hoczew i dalej w zależności od potrzeb do Polańczyka, Ustrzyk Dolnych, albo też na „koniec świata” do Wetliny, Ustrzyk Górnych czy Wołosatego.

Pomnik Beksińskiego przy Rynku w Sanoku


Sami włodarze Sanoka wiedzą, ile zawdzięczają panu Zdzisławowi (dla porządku dodam, że ród Beksińskich związany był z Sanokiem od XIX wieku), dlatego na każdym rogu widać i czuć obecność Mistrza. Przy Rynku stoi jego pomnik (figura), przy wjeździe do miasta od strony Rzeszowa od razu wita nas wielkie rondo im. Zdzisława Beksińskiego. Tu obok na Cmentarzu Centralnym w jego – nomen omen – centralnym punkcie stoi monumentalny grobowiec Beksińskich. No i rzecz jasna wielka galeria Artysty we wspomnianym już Muzeum Historycznym. Ekspozycja zawierająca ponad 600 prac mieści się na kilku kondygnacjach. Możemy tu zapoznać nie tylko ze słynnymi obrazami, ale też ze szkicami, grafikami, fotografiami. Ale chyba największe wrażenie na widzach robi dokładne odwzorowanie warszawskiej pracowni Beksińskiego. Poczuć, jakby się odwiedzało osobiście Mistrza, to w tym przypadku nie jest truizm. Wzruszenie ogarnia nie tylko najgorętszych fanów.


Muzeum w Sanoku. Galeria obrazów Beksińskiego
Muzeum w Sanoku. Testament Zdzisława Beksińskiego
Muzeum w Sanoku. Odtworzone warszawskie mieszkanie Beksińskiego

Muzeum w Sanoku. Odtworzone warszawskie mieszkanie Beksińskiego
Grobowiec Rodziny Beksińskich na cmentarzu w Sanoku



Galeria jest urządzona nowocześnie, zgodnie z powszechną już w Polsce praktyką. Choć tu multimedialność poszła nawet o krok do przodu, ponieważ jedna z opcji umożliwia widzowi… wejść do środka obrazu Beksińskiego! Tak, tak! Warto z tego skorzystać. Chyba że należysz, drogi Czytelniku, do tej grupy osób, które obrazów Pana Zdzisława się po prostu boją. A tych nie brakuje.

Waldemar Ulanowski

Muzeum Historyczne w Sanoku 


Sklep z pamiątkami

• ul. Zamkowa 2
• Czynne codziennie od 9 do 17; w poniedziałki od 8 do 12.
• Ceny biletów: normalne 15 zł, ulgowe 11 zł, rodzinne 43 zł.
• Na terenie muzeum jest sklep, w którym można kupić pamiątki związane z Beksińskim.










Chłodnik z botwinki. Prościej się nie da | Przepis

Nie ma tu finezji. Ani w przepisie, ani w zdjęciu ilustrującym danie (bo czy to grzech pstryknąć fotkę czemuś, co właśnie niesie się do stołu?). Jest za to smak i aromat. Kwintesencja lata. Jeśli szukacie prostego (fit) przepisu na chłodnik, oto on.

 

Robi się sam

Składniki (na 2-3 porcje)

• Pęczek botwinki z młodymi burczkami
• Szczypior z cebulą dymką
• Pęczek rzodkiewki
• Pęczek kopru
• Średni ogórek
• Opakowanie jogurtu greckiego (400 g) lub kefiru (400 ml)
• Dwie łyżki soku z cytryny
• Sól, pieprz

Sposób wykonania

Warzywa dokładnie opłukać. Buraczki obrać i pokroić w talarki. Łodygi i liście botwiny posiekać na około drobne kawałki (3-5 mm). Botwinę wrzucamy do ok. 300 ml wrzącej wody, dodajemy przyprawy do smaku i gotujemy do miękkości (ok. 10 minut), po czym studzimy.
Do zimnego wywaru dodajemy garść lub dwie szczypioru (zależnie od upodobań), pokrojone w talarki rzodkiewki, pokrojony drobno koper i sok z cytryny. Ogórki obieramy, wycinamy nasiona (dzięki czemu nie puszczą wody) i kroimy w kostkę. Wszystko mieszamy, po czym dodajemy jogurt grecki bądź kefir. W pierwszej opcji chłodnik będzie gęsty (jak u mnie), w drugiej rzadki.
Opcjonalnie można dodać ugotowane na miękko jajko. Ja pomijam ten krok. Chłodzimy (jeśli mamy silną wolę) i jemy. Smacznego!


Wystarczy jeden pęczek botwinki

Neapol | Włochy potrafią zaskoczyć

 

"Zo­ba­czyć Ne­apol i umrzeć"… Dawniej z zachwytu, jak chciał Johann Wolfgang Goethe, a dzisiaj? Eleganckie sklepy, banki, sznury samochodów. Choć nie jest to klasyczna "sto­li­ca" turystyki, piękna i luzu temu mia­stu nie można od­mówić.


W porcie od świtu jeden po drugim przybijają statki, promy i jachty. Sunące z nich procesje nowo przybyłych w mgnieniu oka wypełniają okoliczne wąskie uliczki. Część z nich przemierza miasto z przewodnikiem w ręku od kościoła do kościoła, od zamku do zamku, od muzeum do muzeum i... nie poznają oblicza tego jedynego w swoim rodzaju miasta. Bo poznać Neapol nie znaczy dokładnie go zwiedzić. Raczej nauczyć się od miejscowych luzu, który sprawia, że Neapol naprawdę kręci. Ci, którzy przyjechali tu po spokój, raczej go nie znajdą. Jeśli ich celem jest spróbowanie najprawdziwszej na świecie pizzy, trafili w dziesiątkę.

 

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl

 

Taka jest tradycja

Pizza to symbol tutejszej tożsamości. Wiele tu barów, gdzie aby ją dostać, trzeba odstać swoje w kolejce. Takie miejsca, w których w karcie są dwa rodzaje pizzy i jeden rodzaj piwa. Krotka karta to zaleta, bowiem najlepsza kuchnia w Neapolu to ta najprostsza i najtańsza, serwowana w najmniej eleganckich miejscach.

fot. SoShe.pl

Szukając dobrej restauracji lepiej nie sugerować się przewodnikami, a zdecydować się na taką, która menu ma tylko po włosku. I rzecz najważniejsza - "vera pizza napoletana" nie zaskakuje dziwnymi dodatkami, a już na pewno bez ananasem. To kawałek rozwałkowanego ciasta z obsypany pomidorami, mozzarellą i bazylią. Klasyczna margherita, udekorowana kolorami włoskiej flagi, stała się symbolem miasta po tym, jak piekarz Raffaele Esposito przygotował ją na cześć odwiedzającej Neapol królowej Małgorzaty Sabaudzkiej. Od przeszło stu lat sławi Neapol na cały świat.
Pachnący pizzą Neapol bywa też miejscem sporów. Jeść ją rękoma czy sztućcami? Oto jeden z tematów dyskusji między Włochami a Amerykanami. Kulinarna polemika wybuchła kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych, gdzie burmistrz Nowego Jorku, podkreślający swe włoskie korzenie, został oskarżony przez część mediów o snobizm po tym, gdy sfotografowano go ze sztućcami nad talerzem z pizzą. Dyskusja szybko przeniosła się do Italii, w tym do Neapolu, gdzie wyjaśnia się prosto, bez owijania w bawełnę: większość neapolitańczyków i w ogóle Włochów je pizzę rękoma, taka jest tradycja.

fot. SoShe.pl

Kuźnia smaków

Włosi są przekonani, że ich kuchnia jest najlepsza na świecie. Do swoich, regionalnych smaków są przywiązani do tego stopnia, że czasami nie znają potraw z innych włoskich rewirów. Ktoś, kto mieszka w Neapolu, jest przekonany, że we Florencji nie wiedzą, jak należy dobrze gotować. Tak już tu jest, więc lepiej nie szukać smaków, które poznaliśmy podczas wakacji gdzieś na północy Italii.
Podstawą wielu dań są ryby i owoce morza. Obiad skomponowany z tutejszych specjalności zaczyna się od sałatki caprese. To pokrojona w plastry mozzarella di bufala, lokalny ser z mleka udomowionych bawołów, z pomidorami i liśćmi bazylii, oczywiście polana oliwą - kolejną specjalność neapolitańskiej kuchni. Później może być spaghetti alla vongole - makaron z morskimi mięczakami, czosnkiem i (a jakże!) oliwą. Głównym daniem, poza rybami, może być ravioli.
Włochom trudno byłoby wyobrazić sobie smak wielu potraw bez choćby odrobiny octu balsamicznego. Przyprawia się nim sosy, czerwone mięsa, drób, ryby, nawet lody. Butelka tego rarytasu może kosztować więcej niż dobre wino.


fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl


Obok restauracji pełno tu miniaturowych kawiarni serwujących kawę, jakiej nie mieliście możliwości spróbować nigdzie we Włoszech. Miejsca, gdzie podaje się gęste jak gorąca czekolada i jedwabiste jak krem espesso, to zwykle rodzinny interes, w którym właściciel jest jednocześnie sprzedawcą, kasjerem i sprzątaczem. Siadając przy stoliku mamy gospodarza tylko da siebie, na chwilę zyskując włoską rodzinę. Przy kawie czas spędzić można też bardziej wytwornie. Naprzeciwko słynnego Teatru San Carlo, obok Pałacu Książęcego i najpiękniejszej ulicy w mieście Via Toledo jest Caffe Gambrinus, którą uwielbiał Oscar Wilde. Trochę snobizmu nikomu nie zaszkodzi.

W odcieniu pudrowego różu

Zaułki, zakamarki, labirynty dróg i uliczek skutecznie chowają jednych turystów przed drugimi. Z daleka, ze wzgórza Vomero, miasto wygląda jak jednolita masa ścieśnionych domów, kościołów, pałaców. Kilkupiętrowe kamienice stoją przyklejone do siebie. Jeśli dobrze się przyjrzeć, widać ich pastelowe kolory – pudrowego różu, beżu, żółci - po latach użytkowania mocno już przybrudzone. W centrum miasta wielopiętrowe domy tworzą tak głębokie korytarze, że do ich dna słońce nigdy nie dociera, a wysoko nad głowami na grubych sznurach powiewa suszące się pranie. Tuż obok przeczepione są zakurzone i wypłowiałe flagi narodowe, sztandary drużyn piłkarskich. Najstarsza część miasta, choć wpisana na listę UNESCO, zabazgrana jest graffiti. Pierwsze wrażenie odrzuca, jednak wystarczy chwila, by dać się oczarować nieoczywistemu, dziwnemu pięknu.


fot. SoShe.pl


Nie trzeba też odchodzić daleko od centrum, by wejść w zaułki, gdzie pełno poobijanych, upchniętych zderzak w zderzak aut. Zasady ruchu drogowego są tu przecież tylko pretekstem, by je z wdziękiem łamać. Wiele miejsc jest niedostępnych dla samochodów. Zresztą nawet ulice, którymi jeżdżą, są tak wąskie że lepiej poruszać się po nich na skuterach. Tak właśnie robią miejscowi. Mkną na swych jednośladach, wykazując się niemal cyrkową sprawnością.
Świeżym powietrzem odetchnąć można tuż nad morzem. Nie ma tu wprawdzie plaży, ale mieszkańcom i turystom to nie przeszkadza. Wygrzewają się na ogromnych kamiennych skałach. Wzdłuż brzegu zatoki, gdzie usadowiły się wytworne hotele z antycznymi rzeźbami i kamienice otoczona drzewami cytrynowymi, jakby przeniesione żywcem z Rzymu czy Paryża. To Neapol w wersji eleganckiej.

fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl

Podziemne atrakcje

Stolica Kampanii ściera się z naturą, która raczej jej nie oszczędzała. Trwając nieprzerwanie od 2800 lat jest jednym z najstarszych miast świata. Stoi twardo niczym skała, choć okolicę nawiedzają co jakiś czas trzęsienia ziemi, a drzemiący nieopodal Wezuwiusz mieszkańcom wielokrotnie dał się we znaki. Jeden z pięciu najgroźniejszych wulkanów na świecie wybucha co kilkadziesiąt lat, a kolejna erupcja może być równie niespodziewana, jak fajerwerki wystrzeliwane od czasu do czasu gdzieś w centrum miasta.
Historię czasów rzymskich skrywa podziemny Neapol. Wykopano tu bowiem kilometry korytarzy leżących czasem nawet 30 metrów poniżej chodników, po których spacerują turyści. Podziemne miasto tuneli, jaskiń i wydrążonych w ziemi sal zaskakuje i zachwyca. Zwiedzać można około kilometra z nich. Równie ciekawe historie jak te pod ziemią, poznać można np. w Muzeum Archeologicznym.


Zamek fot. SoShe.pl


Śmierdzący biznes

Są też w Neapolu tematy wstydliwe, która porusza się rzadko lub w ogóle je pomija. Pełne uroku i nobliwych zabytków miasto od wielu dekad zmaga się z lokalną organizacją przestępczą, czyli camorrą. Mafia obok pizzy i pieśni "O sole mio", stanowi tutejszy znak firmowy. Na szczęście turystom nic nie grozi ze strony camorry. Wręcz przeciwnie, ta ich uwielbia, bowiem czerpie z nich spore zyski. Mówi się, że haracz mafii płacą tu wszyscy sklepikarze, restauratorzy i usługodawcy, u których przyjezdni zostawiają swoje euro. Im więcej turystów, tym lepiej dla mafii.
Jednak najwięcej zysków camorra czerpie z biznesu śmieciowego. Kontroluje miejscowe wysypiska w całym regionie Kampanii. Włoska prokuratura podawała nawet, iż od 2002 roku miejscowe klany w Neapolu zarobiły na śmieciach na czysto 700 milionów euro. Spacerując po zakamarkach miasta widać jak na dłoni, że sprzątanie nie zawsze idzie tu w dobrym kierunku. Często zdarza się, że kończy się upychaniem odpadków na dzikich wysypiskach, a na chodnikach piętrzą się stosy śmieci. Po kilku dniach pobytu tutaj przyzwyczajają się do nich nawet przyjezdni.


fot. SoShe.pl


Tekst ukazał się w miesięczniku 'Prestiż Trójmiasto'

Sandomierz nie tylko na weekend | Przewodnik po największych atrakcjach miasta


Miałam wpaść na kilka godzin, zostałam na trzy dni. Sandomierz totalnie mnie zauroczył i bez wahania stwierdzam, że to jedna z najbardziej uroczych miejscowości w Polsce.


Powiedzmy sobie szczerze - gdyby nie "Ojciec Mateusz", Sandomierz nie miałby szansy być tak modny, jak jest. Kręcony tu serial wywindował miasteczko na listę jednych z popularniejszych miejsc w Polsce. I skrupulatnie to wykorzystuje. Ojciec Mateusz jest wszędzie. W sklepach z pamiątkami z jego wizerunkiem znajdziemy koszulki, czapki, kubki, szachy… i mnóstwo innych gadżetów. Są nawet książki z ulubionymi przepisami księdza, który w rozwianej sutannie przemierza rynek na rowerze. Statystyki mówią, że dzięki niemu liczba turystów odwiedzających Sandomierz wzrosła aż o 30 procent.


fot. SoShe.pl

Dość jednak o serialu, bowiem i bez niego Sandomierz zachwyca. Jest jak pudełko pełne czekoladek - po prostu słodki. Miasto jest zadbane, kolorowe, czyste. Do rynku, którego centralnym punktem jest ratusz, przyklejone są kameralne restauracje i kawiarnie. Pełne ludzi, co nie jest bez znaczenia. Zauważyłam, że całkiem sporo jest tu turystów z zagranicy, a to cieszy podwójnie.

Miejscowi, których spotykałam na drodze z dumą podkreślali, że ich miasto to "Mały Rzym". Wszystko dlatego, że położone jest niezwykle malowniczo na siedmiu nadwiślańskich wzgórzach.

Pomimo upływu wieków Sandomierz zachował pierwotny średniowieczny układ ulic, budynków, placów. To idealna mieszanka urokliwych krajobrazów, renesansowej architektury i inspirujących historii. Polecę Wam kilka miejsc, które warto tu zobaczyć. Jeśli wybieracie się do Sandomierza, zerknijcie na ten przewodnik.



Rynek Starego Miasta

Powiedzmy sobie szczerze, każdy musi odwiedzić to miejsce, jeśli tylko dotrze do Sandomierza. Jest tu wszystko, co charakterystyczne dla miasta. Jedną z ciekawostek jest fakt, iż Rynek główny ma wymiary sto na sto dziesięć metrów, jest więc (prawie) kwadratowy. Już na pierwszy rzut oka widać, że Rynek jest pochyły. Różnica wysokości pomiędzy górą a dołem osiąga nawet do piętnastu metrów.

fot. SoShe.pl

Renesansowy ratusz

Charakterystyczna budowla stoi w centralnej części Rynku. Trudno jej nie zauważyć. Jest jednym z najpiękniejszych ratuszy renesansowych w Polsce i dumą miasta. I choć pochodzi z przełomu czternastego i piętnastego wieku, a sama bryła jest renesansowa, można się w nim dopatrzyć pewnych elementów typowych dla gotyckich budowli. Bardziej tematu nie rozwijam. Niech to robią specjaliści. W podziemiach ratusza miejsce znalazła restauracja, natomiast na pierwszym piętrze znajdują się dwie sale: w pierwszej obradują radni Rady Miasta Sandomierz, w drugiej odbywają się śluby cywilne.

fot. SoShe.pl

Brama Opatowska

W skład murów obronnych Sandomierza wchodziły dawniej cztery bramy. Do dziś zachowała się jedna, pochodząca z drugiej połowy czternastego wieku. Brama Opatowska jest dziś głównym zabytkiem Sandomierza, niezwykle cennym dla miasta.
Warto wdrapać się na taras widokowy, z którego rozciąga się urocza panorama Sandomierza.

fot. SoShe.pl

Wąwóz Królowej Jadwigi

To atrakcja dla miłośników natury, albo dla tych, których zmęczył miejski zgiełk. Spacer po wąwozie lessowym o długości około pół kilometra, o stromych ścianach dochodzących do 10 m. wysokości, daje wytchnienie.
W tym miejscu jedna uwaga - strzeżcie się kleszczy. Wiem, co mówię.

fot. SoShe.pl

Katedra

By do niej dotrzeć, trzeba nieco oddalić się od Rynku. Warto jednak to zrobić, bowiem Katedra należy do głównych zabytków Sandomierza. Wzniesiona w XIV w., zachowała pierwotny układ przestrzenny, co docenią wielbiciele architektury. W tutejszym skarbcu przechowywane są między innymi relikwie Drzewa Krzyża Świętego, które podarował król Władysław Jagiełło.

fot. SoShe.pl

Zamek

Nad brzegiem Wisły góruje dawna siedziba królów i książąt polskich. Wygląda dostojnie i zdecydowanie wyróżnia się na tle innych polskich zamków. Stoi na wzgórzu, co akurat zaskoczeniem nie jest. Większość zamków usytuowanych było tak, by jego mieszkańcy mogli skutecznie bronić się przed nieprzyjacielem. Historia tego miejsca jest bogata i ciekawa, sięga czasów Kazimierza Wielkiego.
Zamek można zwiedzać, a nawet zostać w nim na noc, są tu bowiem pokoje gościnne. Coś w sam raz dla niedoszłych księżniczek.

fot. SoShe.pl


Dworek Skorupskich (który nazwano Dworkiem Ojca Mateusza)

Dość blisko wzgórza zamkowego, przy ulicy Staromiejskiej, stoi uroczy dworek. Dworek z gankiem wspartym na kolumnach wybudował w 1832 r. Dionizy Skorupski, urzędnik miejski. Warto tu zajrzeć, bo to jeden z niewielu zachowanych dworków podmiejskich w Sandomierzu.

Fot. SoShe.pl

Kamienice miejskie

Zabytkowe kamienice okalają nie tylko dość dużych rozmiarów Rynek. Znajdziemy je również w wielu pobocznych uliczkach. Są kolorowe i urocze. Trudno oderwać od nich wzrok.

fot. SoShe.pl

Dom Długosza

Budynek, który uznaje się za jeden z ważniejszych w mieście wybudował Jan Długosz w 1476 roku. Jest jednym z trzech takich istniejących w Polsce. Pozostałe są w Wiślicy i w Krakowie. Siedzibę ma tu Muzeum Diecezjalne gromadzące zbiory sztuki sakralnej.

fot. SoShe.pl

Ucho igielne

Skąd nazwa? Ano stąd, że miejsce to przypominające ucho igły - zwężone na dole i rozszerzające się ku górze. Tak naprawdę to ostatnia istniejąca furta w murach obronnych Sandomierza. Dość ciekawy zabytek.

fot. SoShe.pl

Kościół świętego Jakuba

Położony jest na przepięknym wzgórzu świętojakubskim. Wzgórze jest niewielkie, wdrapie się na nie każdy.
Nie brakuje głosów, że najstarsza świątynia w mieście owiana jest mnóstwem legend i mrożących krew w żyłach opowieści.

fot. SoShe.pl

Winnice

Tutejsi dominikanie od wieków prowadzili ożywioną działalność gospodarczą m.in. posiadali swój młyn, a ich winnice słynne były w całej okolicy. Widok winnic urzeka do dziś. Jest pięknym dopełnieniem panoramy miasta. Znajdują się tuż przy kościele świętego Jakuba. Jest tu miejsce, w którym można coś zjeść, zrelaksować się i porozkoszować panoramą okolicy. Żurku nie polecam, próbujcie pozostałych dań.


fot. SoShe.pl

Rejs statkiem

Rejs po Wiśle jest bodaj jedną z najprzyjemniejszych atrakcji dostępnych dla turystów w Sandomierzu. Zadowolony będzie każdy, kto lubi przyjemne bujanie na wodzie i powiew chłodnego wiatru, kiedy temperatury mocno przekraczają 25 st. C. Statki cumują przy bulwarze nad Wisłą.

fot. SoShe.pl

Szlaki turystyczne

Przez miasto przebiega kilka szlaków turystycznych: cysterski, św. Jakuba, Via Jagiellonica oraz Architektury Drewnianej, świętokrzyski szlak literacki.

fot. SoShe.pl



Shiseido Benefiance Concentrated Anti-Wrinkle krem pod oczy | Recenzja

Skóra wokół oczu wymaga szczególnego traktowania. Im jesteśmy starsze, tym większą uwagę powinniśmy skupiać na dbaniu o nią. Intensywne odżywianie to podstawa. Czy pomaga w tym przeciwzmarszczkowy krem pod oczy Shiseido Benefiance Concentrated?

fot. SoShe.pl

Producent zapewnia, że Shiseido Benefiance Concentrated to krem do pielęgnacji skóry wokół oczu w szczególnie trudnych warunkach atmosferycznych. Rzeczywiście świetnie sobie radzi zimą, gdy w pomieszczeniach powietrze jest suche i skóra odczuwa dyskomfort. Idealnie sprawdza się również latem, gdy zewsząd atakuje nas smog, kurz, klimatyzacja… Zanieczyszczone i suche powietrze o tej porze roku szczególnie nie służy naszej skórze.



Lekarze dermatolodzy są zgodni co do tego, że im mniej słońca, a więcej wilgoci, tym dla skóry  lepiej. Bywa, że trudno zachować dobry balans. Na szczęście ratunkiem na wiele niedogodności, jakie spotykamy na co dzień, a które nie służą delikatnej skórze jest krem, który mocno i głęboko ją nawilża. Do takich właśnie należy Shiseido Benefiance Concentrated, który rewelacyjnie odżywia, ale też nawilża, wygładza i uspokaja skórę. Produkt sprawia, że niestraszna jest jej klimatyzacja czy suche powietrze z grzejników (w zależności od pory roku). Używany na dzień rozświetla okolice oczu, dlatego idealnie sprawdza się po zarwanej nocy. Po jego użyciu skóra wydaje się wypełniona od środka. Co istotne - dobrze reaguje na kosmetyki kolorowe, choć tu mam uwagę - na dzień lepiej nakładać go oszczędnie, ponieważ może pozostawiać lekki, tłusty film.

Krem lekko natłuszcza, dlatego polecam używać go na noc.

Komu polecam ow produkt? Powinny sięgnąć po niego osoby mające kłopot z podkrążonymi oczami. Krem wyraźnie je likwiduje, rozjaśniając skórę. Od czasu do czasu polecam zrobienie maseczki z produktu. Wystarczy po prostu położyć grubszą jego warstwę i pozwolić mu się wchłonąć. Po takim zabiegu skóra odpłaca się ładnym wyglądem.

Krem nie jest dedykowany wyłącznie kobietom dojrzałym. Pomaga w likwidacji cienkich linii prowadzących do powstawania zmarszczek, więc mogą (a nawet powinny) sięgać po niego dziewczyny, które 30. urodziny mają już za sobą. Myślę, że zadowolone będą też młodsze, które natura wyposażyła w bardzo delikatną skórę, i którym dają o sobie znać zmarszczki mimiczne.

Zapach jest raczej neutralny, przyjemny. Opakowanie zawiera 15 ml. Zaletą jest jednak to, że krem jest bardzo treściwy i aplikuje się go bardzo oszczędnie. W zupełności wystarczy niewielka jego ilość. Regularnie używany może wystarczyć nawet na 6 miesięcy.


Estetyczne opakowanie fot. SoShe.pl
Opakowanie fot. SoShe.pl
Skład kremu fot. SoShe.pl
Skład kremu fot. SoShe.pl

Na koniec zostawiam kwestię estetyczną. Co tu dużo mówić, krem schowany jest w ładnym opakowaniu przypominającym biżuterię. Z drugiej jednak strony dla tych, którzy wolą opakowania z pompką czy w tubce, szklany słoiczek może być mało higieniczny.

Czy warto? Warto! Z jedną uwagą - nie jest to krem likwidujący zmarszczki, a przeciwzmarszczkowy. Niestety, cudów nie ma.


* Shiseido Benefiance Concentrated Anti-Wrinkle Eye Cream o pojemności 15 ml
Cena 295. Promocja Douglas 219 zł


TO NIE JEST MATERIAŁ SPONSOROWANY. WSZYSTKIE WYRAŻONE OPINIE SĄ MOIMI WŁASNYMI. 

Lyocell (tencel) - co to za materiał?


W składach metek coraz częściej pojawia się składnik o dziwnie brzmiącej nazwie "lyocell". Warto rozwiązać zagadkę związaną z tym elementem naszych ubrań. Na początek spróbujmy odpowiedzieć na dwa pytania - skąd pochodzi i czy jest dla nas zdrowy.

 

Lyocell często łączy się z bawełną


Lyocell jest materiałem produkowanym z celulozy drzewnej, może być to na przykład drewno eukaliptusa. Pochodzenie materiału sprawia, że wiele osób mylnie sądzi, iż lyocell to nic innego jak znana od dawna wiskoza. Tak nie jest. Fakt, że w obu przypadkach materiał otrzymuje się otrzymuje się z celulozy, jednak inny jest proces ich produkcji. Tu produkcja polega na rozpuszczeniu celulozy, a w całym procesie nie stosuje się substancji żrących, tylko rozpuszczalnik nietoksyczny zwany NMMO czyli n-tlenek n-metylomorfoliny
Co ciekawe - wyroby z lyocellu poddane kompostowaniu ulegają biodegradacji w ciągu zaledwie 6 tygodni.

Naturalnym materiałem interesuje się świat high fashion i w środowiska ekologiczne

Zalety

 

Lyocell łączy zalety bawełny i wiskozy. Jest wytrzymały, elastyczny i higieniczny. Idealnie sprawdza się używany na tkaniny mający bezpośredni kontakt ze skórą. Włókna są miękkie, bardzo silne, posiadają bardzo dobre właściwości oddychające. W optymalnym stopniu pochłaniają wilgoć ale także regulują temperaturę, dlatego materiał wykorzystuje się do produkcji bielizny osobistej, która jest wyjątkowo przewiewna, miękka i delikatna. I co ważne - nie powoduje podrażnień skóry ani alergii.
Lyocell często łączy się z bawełną, dzięki czemu ubrania są delikatniejsze. Mniej się też gniotą i łatwiej je prasować. Patrząc na lyocell praktycznie, istotna jest informacje, iż może być prany i suszony mechanicznie.
Poza ubraniami lyocell wykorzystuje się do szycia pościeli, wsyp poduszek i kołder. Ponieważ może on imitować tkaniny takie jak zamsz czy skóra, produkuje się z niego materace oraz tapicerkę mebli wypoczynkowych.

Czytaj też 
Poliester. Materiał, który lepiej omijać z daleka 
Akryl - czy ten materiał jest bezpieczny?
Wełna dziewicza - idealny wybór?
Poliamid (nylon) - co to za materiał? 
Kaszmir - luksusowa wełna


Wady

 

Za wadę uznaje się to, że materiał wykazuje dużą oporność na farbowanie, dlatego do jego koloryzacji używa się silnych barwników chemicznych, często niebezpiecznych dla nas, konsumentów.

Warto wiedzieć

 

Lyocell znany jest również pod nazwą Tencel (głównie w Stanach Zjednoczonych).

10 luksusowych gadżetów, czyli na co nie warto wydawać pieniędzy

Ekstrawagancja dla jednych może być normą, innych może bawić, a kolejnych przerażać. Chciałabym wierzyć, że wielu z Was jest w tej pierwszej grupie i poniższe zestawienie uzna za przydatne. Mam jednak świadomość, że dla części czytelników ów materiał to zwykła ciekawostka, którą potraktują z przymrużeniem oka. 

 

Warto mieć na uwadze, że ekstrawaganckie i kosztowne gadżety znajdziemy w ofercie wielu firm, których nazwy są powszechnie znane. Przed Wami kilka ciekawostek od marek selektywnych.


Ręcznik plażowy Birkin Hermes

Firma Birkin Hermes znana jest z torebek, na które miłośniczki drogich dodatków czekają w kolejce nawet kilka miesięcy. W 2013 roku torebkę Birkin marki Hermes sprzedano podczas paryskiej aukcji za kwotę ponad 63 tys. dolarów. Model torebki wykonany ze skóry krokodyla jest jednym z najdroższych i najbardziej pożądanych akcesoriów na świecie.
Kto chce zabłysnąć latem na plaży, może zaopatrzyć się w ręcznik plażowy tej firmy. Do wyboru jest kilka wzorów. Cena 620 dol., ale czego nie robi się dla lansu.

fot. usa.hermes.com

Narzuta Hermes

Francuski dom mody dba o to, by jego najwierniejsi klienci mogli zaopatrzyć się w bardziej użyteczne przedmioty. Do takich zaliczyć można kaszmirowy, ręcznie haftowany pled. Narzuta ozdobiona jest kamieniami i kosztuje mniej więcej tyle, ile średniej klasy nowy samochód, czyli 24,5 tys. dol. (ok. 100 tys. zł.)

fot. hermes.com

Gry Burberry

Kratka Burberry to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli mody. Za symbol dobrego smaku wiele lat temu uznali ją angielscy arystokraci. I choć Burberry kojarzy się ze stylowym trenczem, w ofercie domu mody znajdziemy kilka ciekawych gadżetów, na przykład gry towarzyskie. Zestaw do gry w domino kosztuje blisko 2,9 tys. zł.

fot


Linijka, Louis Vuitton

Louis Vuitton do swojej całkiem sporej kolekcji designerskich akcesoriów wprowadził kolejne - linijkę o nazwie Nikki. Linijka pokryta jest skórką w odcieniu pudrowego różu i ozdobiona kwiatowymi motywami. Biurowy (szkolny) gadżet z logo Louis Vuitton to wydatek "zaledwie" 225 dol., czyli niespełna tysiąc złotych.

Czytaj też
Louis Vuitton - synonim luksusu czy wizytówka sekretarek?
Louboutin - luksusowa szpilka
Ray Ban - najpopularniejsze okulary świat
Converse. Najpopularniejsze trampki świata
Linijka biurowa od Louis Vuitton za 700 zł

fot. Louis Vuitton

Etui Eye-Trunk dla telefonów iPhone 7 i iPhone 7 Plus.

Telefony iPhone 7 i iPhone 7 Plus rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Louis Vuitton nie pozostaje w tyle w kwestii dodatków do ww. smartfonów. Dom mody oferuje etui na telefony ze swoim charakterystycznym monogramem. Podstawowa wersja to wydatek 1 250 dol., czyli nieco ponad 5 tys. zł.

fot. Louis Vuitton

Nakładka na biurko Louis Vuitton

Komu mało gadżetów z logo LV, może kupić sobie skórzaną nakładkę zabezpieczającą biurko. Prezentuje się wyjątkowo, a wydać trzeba na nią "zaledwie" 1 220 dol.


Notes Versace

Włoski dom mody, założony przez Gianniego Versace w 1978 roku znany jest na całym świecie. Kochają go głównie panie gustujące w kobiecych krojach. Poza ubraniami Versace oferuje całkiem ciekawe gadżety. Kupić tu można notes, który kosztuje 160 euro, czyli ponad 680 zł.

Popielniczka Versace

Wokół coraz mniej palaczy, być może dlatego popielniczka ze słynnym logo z głową Meduzy to wydatek rzędu 340 euro, czyli ok. 1,5 tys. zł.

fot. vercace.com

Gry od Ralph Lauren

Amerykański domu mody słynie z klasycznego, zachowawczego stylu. Zawsze jest jednak modnie i luksusowo. Czy gra, która umila czas mogłaby być więc tania? Raczej nie. Zestaw gier zawierający m.in. szachy z niklowymi pionkami to wydatek 4 995 dol. , czyli ponad 21 tys. zł.

 

Case od Gucci

Jeden z najstarszych domów mody powstał we Florencji w 1921 roku. Idzie z duchem czasu, nie należy się więc dziwić, że w asortymencie posiada obudowy na smartfony.
Case na iPhone'a ze słynnym logiem GG kosztuje 250 euro, czyli ok. 1 tys. zł.

fot. gucci.com










Słupsk - miasto murali


Słupsk jest popularny, przynajmniej od kiedy Robert Biedroń stał się jego prezydentem. Wiele osób nie wie, gdzie leży miasto, ale są przekonani, że chętnie by tutaj zamieszkali. Tak tu teraz fajnie. Rozmowy o polityce zostawiam jednak z boku, ponieważ wolę skupić się na tutejszych muralach. Ostatnio pojawiło ich się w Słupsku całkiem sporo.

 

Latem rzeczywiście jest tu dość przyjemnie, przynajmniej z punktu widzenia turysty. Miasto wypełniają parki, jest więc zielono. Jest też kilka całkiem ciekawych zabytków. 


Zamek Książąt Pomorskich kusi kolekcją 262 prac S.I. Witkiewicza. Niedaleko, nad wartkim nurtem rzeki Słupi stoi Baszta Czarownic. Jak wynika z kronik, właśnie tu przetrzymywano i torturowano uznaną za czarownicę Trinę Papisten, spaloną w 1701 r.
W budynku Poczty Głównej jako pisarz, pracował Heinrich von Stephan, człowiek, który był pomysłodawcą pocztówki. Urodził się w Słupsku w 1831 roku. Przy ul. Wojska Polskiego, przy osławionym barze mlecznym Poranek, powstała niewielka pizzeria. Pierwsza pizzeria w Polsce, która działa do dziś!

Wielbicieli architektury zainteresuje zapewne eklektyczny gmach Starostwa Powiatowego, kościół św. Jacka, gotycka kaplica św. Jerzego, a spragnionych wypoczynku skwer im. Pierwszych Słupszczan z pomnikiem "Upokorzony". Jest tu też jedna z najnowszych atrakcji Słupska - kolorowy mural. Ogromne dzieło przedstawia scenkę rodzajową z życia miasta. Dzieje się na nim naprawdę wiele, dlatego warto przyjrzeć się mu z uwagą. Artystyczna wizja ulicy nawiązuje do tutejszej historii. Znajdziemy na nim choćby artystów i twórców związanych ze Słupskiem. Jest więc Heinrich von Stephan, Waldorff, nawet czarownica, ale też wiele charakterystycznych dla miasta elementów architektury, część w duchu belle epoque.

fot. SoShe.pl

Kolejny mural znajdziemy w przejściu między ul. Nowobramską a ul. Bema. Przedstawia lalki ze znajdującego się w pobliżu Państwowego Teatru Lalki Tęcza.

Czytaj też
Los Angeles - co zobaczyć
Cypr - 10 miejsc, które trzeba zobaczyć
Paryż - śladami Chopina
Sopot - kultowe miejsca


fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl


Tuż obok kolejne dzieło. Ścianę budynku przy ul. gen. Józefa Bema zdobi malunek rudowłosej, bosej kobiety, która obejmuje Basztę Czarownic. U jej stóp znajdują się słupskie zabytki: jest Muzeum Pomorza Środkowego, ratusz, kaplica św. Jerzego, zabytkowa kamienica, która stoi na Starym Rynku.

fot. SoShe.pl

Spacerując ulicami miasta przy przejściu podziemnym pod ul. Anny Łajming znajdziemy dzieło. Przedstawia artystę Otto Freundlicha, który urodził się w Słupsku.

fot. SoShe.pl

Przy ul. Lutosławskiego 32 znalazłam następną pracę, a na niej wielkie oko umieszczone w centralnym punkcie. Mural "Przeżyjemy w teatrze" powstał został z okazji jubileuszu 250-lecia Teatru Publicznego w Polsce.

fot. SoShe.pl






Kupujesz bułki w supermarkecie? Musisz wiedzieć co jesz!


Pachnące, ciepłe, prosto z pieca. Pieczywo w dyskoncie potrafi skraść serce. Problem jednak w tym, że ma ono niewiele wspólnego ze świeżością, a tym bardziej ze zdrowiem. Niespodzianką dla wielu osób jest fakt, iż zawiera składnik pochodzący z pierza kaczek, piór kurczaków, zwierzęcego włosia.


Statystyki mówią, iż ze sprzedażą na poziomie 400 tys. ton rocznie, pieczywo z dyskontów i supermarketów ma już blisko 15 proc. udziałów w całym rynku pieczywa w Polsce. Hit sprzedażowy, który pokochali Polacy.

 
fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl



Zastanawialiście się kiedyś, skąd się bierze pieczywo w supermarketach? Nie, nie wytwarza go pracownik, który na metalowej tacy taszczy je z pieca na półkę. Chociaż obsługuje minipiekarnię, a pieczywo faktycznie jest chrupiące i ciepłe, człowiek ten nie jest przecież piekarzem, a supermarket to nie piekarnia, w której wszystko robi się od podstaw, samodzielnie. W zdecydowanej większości "pieczywo z pieca" to... odgrzana, głęboko mrożona masa, która swoje już odleżała w chłodniach, po czym trafia do podpieczenia. Supermarketowa piekarnia zajmuje się więc rozmrażaniem i ostatecznym wypiekaniem, a nie pieczeniem.
Według analityków polskiego rynku pieczywa, już co dziesiąty chleb i bułka pochodzą z ciasta wcześniej głęboko zamrożonego.

W zakładach produkcyjnych (które mogą być umiejscowione w jakimkolwiek zakątku Europy) pieczywo produkuje się tonami, a potem wypieka i zamraża ciekłym azotem, po czym pakuje i przechowuje kilka miesięcy w magazynowych zamrażarkach, by je przetransportować dalej. Paczki wysyłane są do sklepów w różnych krajach, gdzie wypieki są odgrzewane i sprzedawane jako świeże i prosto z pieca. Data zamrożenia pozostaje nieznana.

Kolejna kwestia to skład pieczywa z supermarketu. Prawdziwy, dobry chleb składa się z wody, mąki i ewentualnego dodatku ziaren, bez chemicznych konserwantów. Aby go zrobić, trzeba mieć doświadczenie i wysokiej jakości składniki. Tymczasem mrożona masa naszpikowana jest chemią, pełna ulepszaczy i konserwantów, które mogą powodować reakcje alergiczne. Jest tam fosforan wapnia, diglicerydy, chlorek wapnia, emulgatory, stabilizatory, mleczan, azotyn, benzosan sodu, sorbinian potasu, modyfikowana skrobia ziemniaczana, liczne enzymy…
Chemia jest potrzebna pieczywu z supermarketu, bez niej nie miałoby możliwości przetrwać bez szwanku kilka miesięcy. Dzięki polepszaczom, "dobre wypieczenie" możliwe jest nawet 9 miesięcy po zamrożeniu. Co z tego ma klient? Pieczywo zwykle jest dobre (atrakcyjne) tylko w dniu zakupu.

Co znajdziemy w składzie

Warto mieć na uwadze, iż zgodnie z polskim prawem sklep ma obowiązek poinformować nas o składzie produktu i jego pochodzeniu. Informację "Pieczywo produkowane z ciasta głęboko mrożonego" oraz jego składzie znajdziemy w miejscu, które zwykle nie jest umieszczone na widoku. Co więc zawierają wypieki? Wiele tam substancji gwarantujących wygląd i przez pewien czas nawet smak, ale na pewno nie jakość. Oto trzy, o których warto wspomnieć:

L-cysteina

To bodaj najbardziej kontrowersyjny składnik pieczywa z supermarketu. L-cysteina (E-920) jest aminokwasem stosowanym w celu przedłużenia przydatności do spożycia wypieków - nadaje rozciągliwości i miękkości. Uznaje się ją za bezpieczną dla zdrowia. Skąd się bierze? Choćby z pierza kaczek, piór kurczaków, zwierzęcego włosia czy rogów krów. Pochodzi też z ludzkiego włosa. Wiele sygnałów mówi, że większość włosów stosowanych do wytwarzania L-cysteiny pochodzi z azjatyckich (chińskich) salonów fryzjerskich, choć w Europie używa się (najprawdopodobniej) produkowanej ze świńskiej szczeciny.
Jak działa L-cysteina? Pełni funkcję stabilizatora. Jej zadaniem jest zapobieganie kruszeniu się ciasta i jego przylepianiu się do maszyn. Dzięki niej ciasto jest rozciągliwe i miękkie.

Propionian wapnia

Propionian wapnia (E-282) stosuje się w wypiekach jako środek antypleśniowy. Składnik ten przedłuża okres przydatności pieczywa do spożycia chroniąc je przed zepsuciem. Związek ten może wywoływać bóle głowy, migreny, podrażnienia żołądka.

Sorbinian potasu

Konserwujący sorbinian potasu (E-202) może powodować reakcje podobne do alergicznych. Powinny się go wystrzegać kobiety w ciąży oraz dzieci. Dodaje się go do pieczywa, ponieważ przedłuża trwałość produktów.
Warto wiedzieć, że zawierają go też niektóre mieszanki do samodzielnego wypieku chleba w domowych automatach.




Los Angeles | Hollywood Boulevard - najsłynniejsza ulica świata, która może rozczarować


Pełna dziwaków, muzyków grających na byle czym i turystów przepychających się między wielką Myszką Mickey a sobowtórami Michaela Jacksona. To miejsce głośne i nie dla wszystkich przyjazne. Z drugiej jednak strony trudno tu nie być, kiedy wpada się do Los Angeles. Hollywood Boulevard, najsłynniejsza ulica świata, każdego roku staje się centrum wszechświata. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie śledząc relacje z gali Oscarów.

fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl


Wielu chce się tu znaleźć, a już z całą pewnością każda z gwiazd amerykańskiego kina. Bo o ile spacer po Hollywood Boulevard nie jest specjalnym wysiłkiem, posiadanie własnej gwiazdy na odcinku Hollywood Walk of Fame (Hollywoodzka Aleja Gwiazd) nie jest już takie proste. Właśnie między innymi dzięki 2400 pięcioramiennym gwiazdom, upamiętniającym znane osobistości świata kina, telewizji, radia i muzyki, Hollywood Boulevard znajduje się w czołówce najsłynniejszych ulic świata.

Hollywood Boulevard może jednak rozczarować. Jest trochę jak wesołe miasteczko - głośne i pstrokate. Zaczyna się przy Laurel Canyon Boulevard, kończy przy Sunset Boulevard. Przechadzając się nią w jedną i drugą stroną odnieść można wrażenie, że trafiliśmy właśnie w zadziwiający świat absurdów. Pełno tu postaci z bajek i ludzi przebranych za bohaterów popularnych filmów. Zastanawiałam się, na co liczą ci ostatni. Może w ten sposób zarabiają na życie? A może czekają aż ktoś odkryje ich niewiarygodny talent? W Hollywood wszystko jest możliwe. Kto pamięta, że Brad Pitt po przyjeździe tutaj zajmował się telemarketingiem i występował jako maskotka-kurczak promując sieć meksykańskich restauracji?

W 1958 roku na Hollywood Blvd powstała Hollywoodzka Aleja Sław rozciągająca się na odcinku od Gower Street do La Brea Avenue. Spędzić tu można długie godziny poszukując gwiazdy ulubionej postaci. Niektóre, należące do najbardziej zasłużonych dla Hollywood osób, znaleźć można tuż przy wejściu do Dolby Theatre, miejscu, w którym odbywa się gala Oscarów (byłam wewnątrz, ale o tym innym razem). Nie jest to jednak regułą, a poszukiwanie nie zawsze jest proste. Ot, choćby gwiazda Marylin Monroe oddalona jest nieco od wspomnianego teatru. Znajdziecie ją już przy restauracji MacDonald. Dziwne? Nie do końca. W tym właśnie miejscu w czasach największej popularności aktorki mieściło się studio dbające o jej wizerunek. 

Poza osławionym Dolby Theatre jest tu też Teatr Chiński Graumana, przed którym są betonowe odciski stóp i dłoni gwiazd Hollywood, Muzeum Figur Woskowych, Teatr El Capitan.

fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl