Lifestyle
Vademecum Stylu
Kultura

Wybierz coś dla siebie

Lwów – otwarty, przyjazny, gadatliwy


"Idę na kawę" w tutejszym slangu oznacza tyle, że wychodzę zabawić się ze znajomymi. Do białego rana. Bo Lwów nie śpi, Lwów się bawi. Tańczy na Rynku, pije tu wiśniówkę, randkuje i dobrze je. Dawno nie widziałam tak bardzo tętniącego życiem miasta, jednego z najpiękniejszych w Europie.


Nie mogę sobie przypomnieć, ile razy planowałam wycieczkę do Lwowa. Z jakiegoś dziwnego powodu bardzo ciągnęło mnie do tego miasta, jednak dotarcie do niego z Gdańska wydawało mi się dość skomplikowane. Samochodem? Niby można, ale podróż niebezpiecznie się wydłuża. Pociągiem? Też można, jednak nie przepadam za wielogodzinnymi wojażami tym środkiem lokomocji. Cóż, gdybym wcześniej pomyślała o tym, że do Lwowa mogę dotrzeć samolotem, pewnie byłabym tam już wiele lat temu. Z Gdańska to zaledwie pół godziny lotu do Warszawy i kolejne czterdzieści minut do Lwowa. Szybko, łatwo i przyjemnie. Wygodna ze mnie dziewczyna, postawiłam więc na komfort, by tak szybko, jak się da, trafić w miejsce, o którym tak wiele dobrego słyszałam. Do miasta, które swym bogactwem architektury i ludzi zachwyca każdego, kto był tu choć raz. 


Lwów | Co i gdzie jeść, czyli 10 najlepszych restauracji i kawiarni  
Cypryjskie must see. 10 miejsc, które trzeba zobaczyć na wyspie Afrodyty
Paryż śladami Chopina
Miejsca z klimatem | Bieszczady Hobbitowe Wzgórza - wyjątkowy nocleg a Kaszubach
Zalipie - najpiękniejsza polska wieś
Sandomierz nie tylko na weekend | Przewodnik po największych atrakcjach miasta
Belle Epoque - nostalgia w szwajcarskim stylu

Lata dwudzieste, lata trzydzieste... Sposób na zwiedzanie Lwowa fot. SoShel.pl


We Lwowie jak w domu

Spacerując nocą po centrum miasta odnoszę wrażenie, że jest tu wszystko i są wszyscy. Najczęściej spotykam turystów z Polski, ale też z Niemiec, Austrii, Białorusi, USA czy Rosji. Wszyscy czują się swobodnie, jakby odcisnęli jakiś ślad w ukraińskiej ziemi. Czasami, żeby ten ślad zobaczyć, trzeba się dobrze nachodzić i przypatrzeć. Odnoszę jednak wrażenie, że Polacy mają z tym najmniej kłopotu, bowiem polskich śladów nikt tu nie zacierał. Widoczne są na każdym kroku, w każdym zaułku. Pomnik Mickiewicza w centrum miasta ma i zawsze miał na cokole polski napis: Wieszczowi – naród. Na ścianach domów bez problemu znaleźć można szyldy reklamowe sprzed II wojny światowej. Nie pokryły ich kurz czy pstrokate graffiti, zadbano za to, by były widoczne i stały się elementem historii tętniącego miasta. Nawet większość ulic jest tu polska: Kościuszki, Słowackiego, Kopernika, Powstańców Listopadowych. Jest też piękny Cmentarz Orląt Lwowskich będący częścią ogromnego, bardzo starego cmentarza Łyczakowskiego. Czuć, że jest się w domu.


Rynek we Lwowie fot. SoShe.pl
Rynek we Lwowie fot. SoShe.pl
Rynek we Lwowie fot. SoShe.pl
Opera we Lwowie fot. SoShe.pl
Pomnik Mickiewicza fot. SoShe.pl
Pamiątki przedwojennego Lwowa. Stare, polskie reklamy fot. SoShe.pl
Polskie, przedwojenne reklamy odkryte na ścianach fot. SoShe.pl

Miasto Lwa – tak o Lwowie mówią miejscowi - wielu osobom przypomina Kraków. Coś w tym jest. To kopia naszej dawnej stolicy, która zatrzymała się w czasie. Miasto nasiąknięte nostalgią i melancholią. Stare kamieniczki, kocie łby i tramwaje przecinające Rynek dodają tylko uroku temu obrazkowi.
Cmentarz Łyczakowski fot. SoShe.pl
Grób Marii Konopnickiej fot. SoShe.pl
Cmentarz Orląt Lwowskich fot. SoShe.pl
Cmentarz Orląt Lwowskich fot. SoShe.pl

Lwowska gościna na całego

Statystyki nie kłamią. Te dotyczące zadowolenia z życia mieszkańców ukraińskich miast mówią, że w tej kategorii Lwów od wielu lat jest liderem. To tu żyją najszczęśliwsi ludzie w kraju nad Dnieprem. I co ważne, ci szczęśliwi ludzie autentycznie kochają Polaków. Są życzliwi i uczynni. Często nie mówią w naszym języku, ale rozumieją nas. Z uśmiechem wsłuchują się w wypowiadane przez nas słowa. W sklepie czy restauracji porozumiecie się po angielsku, ale kiedy przejdziecie na polski, od razu zrobi się swojsko. Trochę jak u dawno niewidzianej, lubianej cioci. A jeśli jeszcze nieco się wysilicie i poznacie choćby kilka ukraińskich słów, wtedy drzwi staną przed wami otworem, bowiem każdy cudzoziemiec starający się mówić po ukraińsku (nawet z błędami) jest przyjmowany przez Ukraińców bardzo ciepło. Często może nawet uzyskać zniżkę w sklepie czy restauracji, albo zostać zaproszeni na kufel piwa. Taki jest Lwów – otwarty, przyjazny i gadatliwy.


Restauracja Baczewski z polskimi, przedwojennymi reklamami na ścianach fot. SoShe.pl
Panorama Lwowa fot. SoShe.pl
Ulice Lwowa fot. SoShe.pl
Ulice Lwowa fot. SoShe.pl

Dookoła Rynku


Restauracja Atlas z polską, przedwojenną kartą dań fot. SoShe.pl
Ulice Lwowa fot. SoShe.pl

Lwowa się nie zwiedza, Lwów trzeba poczuć, posmakować, dotknąć, zobaczyć historię i zatrzymać cząstkę w sercu. Pamiątek przeszłości jest wiele. Praktycznie każda lwowska rodzina to mieszanka rożnych krwi, kultur i tradycji. Kawał historii utkanej z wielu kultur sprawia, że miasto fascynuje, a każdy zakątek zdaje się skrywać jakąś tajemnicę. Pełno tu zabytków architektury, rozkosznych chramów, starych placów, przytulnych uliczek, muzeów i galerii pełnych dzieł sztuki z różnych epok. Na słowo muszę uwierzyć w opowieść oprowadzający mnie po swoim mieście przyjaciół, że to najbardziej zróżnicowane i najbardziej fascynujące miasto Ukrainy.
Miasto założone na skrzyżowaniu korzystnych szlaków handlowych między Zachodem a Wschodem, wieki temu prawdziwie rozkwitało i rozwijało się. Trzy stulecia temu zasłynęło jako centrum technicznych innowacji. Przecież to tu wynaleziono naftę i lampę naftową. Co więcej, na początku XX stulecia Lwów został stolicą trzeciego w świecie regionu z wydobycia ropy naftowej po USA i Rosji. Imponujące. Niestety, przez środkową i wschodnią Ukrainę przetoczył się walec sowietyzacji, miażdżąc ludzi i zabytki. Dziś, po latach, mówi się tu o wojnie, a raczej mówią o niej ci, którzy do Lwowa obawiają się przyjechać. A przecież z Lwowa do Ługańska jest ponad 1500 kilometrów. To mniej więcej tyle, ile z Gdańska do Wenecji. Ta odległość sprawia, że Lwów jest spokojny, a życie toczy się tu na ulicach, w kawiarniach, restauracjach. Podobnie, jak u nas.

Centrum jest zrozumiałe i jasno określonego. Uliczki wychodzą z Rynku na cztery historyczne dzielnice: ruską, polską, żydowską i ormiańską. W którą stronę pójdziesz, zależy tylko od ciebie. Zakamarki Starówki przemierzać można bez planu, spontanicznie i na miarę sił. Niedaleko stąd do przepięknego neoklasycystycznego gmachu opery, który przywodzi na myśl najświetniejsze włoskie budowle. Wieczorami przed operą jest gwarno. Można odnieść wrażenie, że połowa mieszkańców Lwowa spaceruje obok fontanny, po wysadzanym klonami deptaku, przypominającym trochę miasta południowej Europy.
Równie malowniczo jest na porośniętej trawą i drzewami Zamkowej Górze z ruinami zamku królewskiego wzniesionego przez króla Polski Kazimierza III Wielkiego. Właśnie tu można podziwiać najpiękniejsze zachody słońca. Dookoła Wysokiego Zamku i Kajzerwaldu wciąż zachowały się stare bramy, podwórka i okna. Spacer w tym miejscu to jak przeniesienie się w czasie.

Zatańcz albo zawalcz

Restauracja "Pod Złotą Różą" fot. SoShe.pl

Lwów się bawi fot. SoShe.pl

Lwów ma nie tylko wizerunek, ale też smak. Zależnie od nastroju może lub tradycyjnie albo wykwintnie. Albo i tak, i tak. Ceny przyjemnie zaskakują, warto więc zaszaleć.

Szukałam atmosfery starego, polskiego Lwowa. Ktoś mi szepnął o "Baczewskim", w którym rzadko bywają wolne stoliki, i że lepiej zarezerwować miejsce zawczasu. Tak zrobiłam. Mają tu własne nalewki, najlepsze we Lwowie. I menu, które nazwać można dziełem sztuki kulinarnej. Dookoła wiele pamiątek po założonej w 1782 r. marce Baczewski. Na ścianach polskie reklamy sprzed lat zachęcają do spróbowania miejscowych rarytasów. W toaletach z głośników płynie przyjemny głos Mieczysława Fogga. Luksus czuć na każdym kroku. Sto lat temu Lwów szczycił się słynnymi wódkami Baczewskiego. Szkoda, że o wyrobach słynnej firmy świat już zapomniał. Na szczęście można je kupić w kameralnym sklepie tuż przy restauracji.
Zajrzałam też do galicyjskiej żydowskiej restauracji "Pod Złotą Różą", tuż obok ruin synagogi. Wnętrze przypomina stare żydowskie mieszkanie - stołach ozdobione są ręcznie robionymi obrusami, menorami ze świecami, a kelnerka myje gościom ręce przed przystąpieniem do jedzenia. W karcie wszystko to, z czego słynie żydowska kuchnia - jest karp, faszerowany szczupak, hummus i pierogi z rybą. Menu nie zaskakuje, w przeciwieństwie do sposobu płacenia. Przed zamówieniem dania trudno poznać jego cenę, a o niski rachunek trzeba zawalczyć. Każdy targuje się, jak umie. Można się wykłócać, albo zatańczyć. Musicie sprawdzić, który sposób w waszym przypadku działa najlepiej.
Na smakoszy dobrego piwa czeka lokal "Prawda" na Rynku, w którym sami ważą złocisty napój. Również przy Rynku jest miniaturowy lokalik, który skojarzył mi się z Lizboną i jej ginginha. Tak jak w stolicy Portugalii, serwuje się tu wiśniówkę na kieliszki wprost na ulicy. I tak jak tam, jest gwarno i wesoło. Przyglądam się temu obrazkowi i czuję, że trafiłam w autentyczne, nieskomercjalizowane jeszcze miejsce. Takie, do którego chce się wracać.



Do Lwowa wybrałam się z PLL LOT. Polecam.

Tekst ukazał się w magazynie "Prestiż"

Kurt Scheller Bistro | To bardzo dobry pomysł


Uwielbiam rösti. Nie zliczę, ile razy jadłam je w różnych regionach Szwajcarii. Z tęsknoty za wyjątkowym smakiem zamówiłam je kiedyś w jednej z restauracji w Dreźnie. Było okropne. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na idealne rösti, sztandarowe danie narodowej kuchni szwajcarskiej, trafiłam w Polsce. Na przysłowiowym odludziu, w Kurt Scheller Bistro w Barczewie, przy drodze wiodącej z Mrągowa do Olsztyna.


Często przemierzam trasę między Gdańskiem a Suwałkami i odwrotnie. Staram się wybierać różne drogi, czasami krótsze, innym razem dłuższe. Ot tak, dla urozmaicenia. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wracając z Suwalszczyzny, podczas postoju na stacji benzynowej w Barczewie, trafiłam na miejsce, które Kurt Scheller firmuje twarzą i nazwiskiem. A w nim na smak, który znam i lubię. Zdziwienie nie opuszczało mnie, kiedy po powrocie do domu szukałam w sieci informacji o tym miejscu i znalazłam tekst na blogu 'Krytyka Kulinarna', na którym menu bistra zostało - delikatnie mówiąc - ocenione negatywnie. "Litania gorzkich żali", jak pisze autorka, jest naprawdę długa. Zupełnie tego nie rozumiem.

fot. SoShe.pl


Zacznijmy od tego, kim jest Kurt Scheller. To najprawdziwszy Szwajcar, którego zauroczyła Polska. W naszym kraju mieszka od 1991 roku. Gotuje z pasją i klasą. W warszawskim hotelu Bristol przez długie lata piastował stanowisko Naczelnego Szefa Kuchni, był dyrektorem Pionu Kulinarnego w warszawskim hotelu Sheraton i pięciogwiazdkowym Hotelu Rialto. W tym ostatnim prowadzi restaurację sygnowaną swoim imieniem -  Kurt Scheller’s Restaurant. Natomiast Kurt Scheller Bistro jest siecią niewielkich punktów gastronomicznych w kilku miejscach Polski. Pomysłodawcą przedsięwzięcia i autorem menu jest nasz bohater.



Austria | Siedem kulinarnych powodów, by odwiedzić Karyntię 
Germknödel | Austria na talerzu Hydra - najpiękniejsza grecka wyspa
Błogi relaks na Cyprze. Najpiękniejsze miejsca 
Gdzie zjeść najlepsze kartacze na Suwalszczyźnie 
Zalipie - najpiękniejsza polska wieś 
Bar Przystań - kultowe miejsce w Trójmieście 
Gdańsk, Sopot, Gdynia - Gdzie na rybę. Subiektywny przewodnik kulinarny 


Nieduże, ale za to konkretne menu zaletą. To w bistro Scheller'a w Barczewie może nie jest bogate, ale jest w czym wybierać. Są śniadania, lunche i desery. Sprzedaje się tu też przetwory, wystawione są tuż obok wejścia. Bar cieszy oko. Pomieszczenie jest przestronne i nowocześnie urządzone. Drewno kojarzy się z alpejskimi chatami i tak zapewne miało być. Kanapy są wygodne, a stoliki całkiem spore. Mamy tu też otwartą kuchnię, można więc zobaczyć, jak przygotowywane są zamówione przez nas dania.

fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl

W bistro najoryginalniejszą potrawą jest rösti, czyli specjał szefa. Dlaczego najoryginalniejszą? Ano dlatego, że zbyt wielu miejsc w Polsce, w którym serwuje się to danie nie uświadczycie. Warto więc spróbować czegoś, co niektórzy nazywają zwykłym plackiem ziemniaczanym. Jednak nic bardziej mylnego. W przeciwieństwie do znanych nam placków ziemniaczanych, do przygotowania rösti nie używa się ani jajek, ani mąki. Szwajcarski specjał przygotowywany jest z podgotowanych, grubo startych ziemniaków. Placek zazwyczaj jest wielkości całej patelni.

W Barczewie placek serwowany jest z kilkoma dodatkami: gulaszem, piersią z kurczaka, wędzonym łososiem i musem chrzanowym, mozarellą i pesto bazyliowym, karkówką w sosie własnym czy z ratatui. (cena do 30 zł)
Zamówiliśmy dwie odmiany rösti: z karkówką w sosie własnym oraz gulaszem. Placki były soczyste w środku z chrupiącą skórką, dobrze doprawione. Takie, jakie powinny być. Dodatki były świeże. Duże kawałki  mięsa w towarzystwie warzyw, zatopione w dobrze doprawionym sosie, bardzo dobrze komponowały się z rösti. Posiłek idealny.
Do kompletu dostajemy miłą obsługę, estetyczny wystrój i miłą dla ucha muzykę nienachalnie szumiącą w tle. To miejsce, które uśmierca stereotyp o restauracjach przy stacjach benzynowych. Polecam zdecydowanie.


fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl


  • Adres: Kromerowo 29, Barczewo gmina, okolice Olsztyna
  • Godziny otwarcia: pon.-niedz.: 08:00 – 20:00
  • Telefon: 882 133 777



Burberry | Trencz idealny


Krata Burberry jest najbardziej podrabianym wzorem w świecie mody, a wynaleziony przez Thomasa Burberry trencz posiada niemal każda marka modowa. Oryginał jest jednak niepodrabialny, bo Burberry to symbol dobrego smaku, klasa sama w sobie.



Burberry zna cały świat. Ekskluzywna brytyjska marka sygnująca odzież, perfumy oraz wiele akcesoriów istnieje od 1856 roku. Właśnie wtedy 21-letni sukiennik Thomas Burberry, otworzył przy Winchester Street w Basingstoke swój pierwszy sklep z konfekcją męską. Sprzedawał ubrania, które na tle innych wyróżniały się jakością tkanin i perfekcyjnemu wykonaniu. Do tego stopnia, iż szybko zyskały miano ubrań służących przez pokolenia. Takich, które mogły przechodzić z ojca na syna.

 

The Sandringham – Long Heritage Trench Coat fot. Burberry

Skąd ta sława

 

Gabardyna, nieprzemakalny materiał, fot Burberry
W 1879 roku Thomas Burberry wynalazł gabardynę, materiał pozwalający ciału oddychać, który doskonale chronił przed deszczem i wiatrem, a przy tym był lekki i niekrępujący ruchów. Idealnie nadawał się do produkcji płaszczy. Wziąwszy panującą w Anglii pogodę, ów materiał był strzałem w dziesiątkę. Po ubrania z niego wykonane do małego sklepu Thomasa przyjeżdżali klienci z całego kraju. Szybko okazało się, że było to przełomowe odkrycie, które nie tylko zaważyło na rozwoju firmy młodego sukiennika, ale zapewniło mu miejsce w historii mody, a jego przedsiębiorstwu pozwoliło stać się luksusową marką.

W 1891 r. firma Burberry (Thomas Burberry & Sons) otworzyła pierwszy salon na londyńskim West Endzie. Wkrótce potem rozpoczęto sprzedaż niezniszczalnych, a jednocześnie szykownych płaszczy Tielocken, pierwowzoru powszechnego dziś trencza.

Poliester. Materiał, który lepiej omijać z daleka
Wiskoza - co to za materiał
Akryl - czy ten materiał jest bezpieczny?
Wełna dziewicza - idealny wybór?
Poliamid (nylon) - co to za materiał


Okrycia wykonane z gabardyny cieszyły się wielkim powodzeniem wśród lotników, baloniarzy i alpinistów. Korzystali z nich ci, którzy musieli uchronić się przed siarczystym mrozem i rybacy potrzebujący okrycia podczas sztormów. W gabardynowych ubraniach jeździło się na nartach i łyżwach i na rowerze. Norweg Roald Amundsen na swoją wyprawę na biegun południowy również zabrał ubrania z gabardyny, podobnie jak członkowie wyprawy sir Ernesta Shackletona na Antarktydę. Nosili je londyńscy dżentelmeni i żołnierze korony walczący w wojnie burskiej w Afryce Południowej. Ubrania Burberry na polach pierwszej wojny światowej chroniły żołnierzy przed niesprzyjającą pogodą. To wszystko sprawiło, że Thomas Burberry dostał zlecenie zaprojektowania okryć wojskowych. Powstało pół miliona płaszczy dla brytyjskich oficerów. Swoje ubranie z pagonami i klamrą paska w kształcie litery D wojacy zaczęli nazywać trench (ang. trench coat – płaszcz do okopów).

Thomas Burberry, założyciel marki, fot. Burberry
Reklama Burberry, 1939 r.
Reklama  Burberry

Poszczególne elementy płaszcza silnie nawiązują do jego historii, choć detale dziesiątki lat temu przestały spełniać swoje zadanie. Za przykład mogą posłużyć metalowe sprzączki w kształcie litery D, które sto lat temu służyły żołnierzom do zamocowania lornetki, granatów lub maski gazowej. Przepastne kieszenie z łatwością mieściły mapy. Natomiast na pagonach, czyli naramiennikach, pojawiły się naszywki takie jak paski, gwiazdki czy krokiewki, służące do wyróżnienia funkcji, bądź stopnia danego żołnierza.
fot. Burberry


Symbole Burberry

 

Ważnym elementem brytyjskiej firmy stał się jeździec na koniu (Equestrian Knight) z łacińskim podpisem „prorsum”, czyli „naprzód”. Logo marki w tej formie powstało w 1901 roku. W 1909 roku firma zarejestrowała go jako znak towarowy, a znak konnego jeźdźca zaczął pojawiać się na produktach Burberry.

Od 1920 roku trencz Burberry wyposażono wełnianą podpinkę w czarno-biało-czerwoną (kolory potem nieznacznie zmieniono) kratę zwaną 'Haymarket Check'. Wzór stał się kolejnym symbolem marki, który już w 1924 r. również został opatentowany. Krata stała się kolejnym, obok konnego jeźdźca i trencza, znakiem handlowym marki.

Pod względem jakości i funkcjonalności trencz zdawał egzamin śpiewająco. Po wojnie brytyjscy arystokraci zaczęli nosić go podczas polowań. Jednak target marki nie ograniczał się tylko do jednej grupy klientów, co było fenomenem marki Burberry i zarazem jej siłą.

Klasyczny beżowy trencz, który skroił Burberry, stał się absolutnie ponadczasowym fasonem - idealnym na każdą okazję i pasującym każdemu. Dobrze prezentowała się w nim zarówno brytyjska królowa, jak i zbuntowany muzyk rockowy. Z czasem stał się też synonimem luksusu.

Gwiazdy kochają Burberry

 

W latach 40. trencz na stałe wszedł do kanonu mody męskiej. Panowie niczym Humphrey'a Bogart w filmie "Casablanca" nonszalancko zawiązali pasek i wysoko stawiali kołnierz swoich płaszczy. Robili tak Winston Churchill, George Bernard Shaw i Rudyard Kipling.

Marlene Dietrich czy Elizabeth Taylor klasyczny trencz rozpropagowały wśród kobiet. Pokazywały się w nim na ekranie i prywatnie. Audrey Hepburn, opatulona beżowym płaszczem na planie filmu "Śniadanie u Tiffany'ego" nie miała sobie równych. Bez trenczu nie pojawiał się też Peter Sellers, bohater „Różowej pantery”. W "Sprawie Kramerów" Roberta Bentona beżowym płaszczu Burberry po Central Parku przechadzała się w Meryl Streep.

W 1955 r. królowa Elżbieta II nadała firmie przywilej Royal Warrant (dosł. "królewska gwarancja", tytuł przysługujący oficjalnym dostawcom dworu. Jednak na dobre świat oszalał na punkcie kratki Burberry po letniej olimpiadzie w Tokio, w 1964 roku. Wtedy to grupa brytyjskich sportsmenek wyszła z samolotu niosąc swe trencze przewieszone przez ramię. Kratką do góry. W ten sposób zaprezentowały się fotoreporterom, których zdjęcia trafiły na łamy pism na całym globie. "Angielska kratka" z miejsca stała się symbolem elegancji.

Słynny na całym świecie klasyk reklamowało wiele znanych nazwisk, choćby Kate Moss, Cara Delevingne, Naomi Campbell czy Jourdan Dunn. Chętnie pokazują się w nim Brad Pitt, Orlando Bloom, David Beckham  i jego żona Victoria, Uma Thurman, Gwyneth Paltrow, Natalie Imbruglia, członkowie brytyjskiej grupy rockowej Kasabian czy Madonna.


fot. Burberry

fot. Burberry


W 2001 roku stanowisko dyrektora artystycznego marki Burberry objął Christopher Bailey, absolwent prestiżowej Royal College of Art, który tchnął w markę nowe życie. Na przełomie wieków postrzegana była jako zbyt tradycyjna i nieco przykurzona. Dziś dziś gwiazda firmy znów błyszczy, a na stanowisku CEO miejsce Christophera Baileya zajął Marco Gobbetti, wcześniej szef francuskiej marki Céline.

Ile kosztuje Burberry

 

Klasycznie skrojony trencz projektu brytyjskiej marki to dwurzędowy płaszcz zapinany na 10 guzików, ozdobiony pagonami, jest przewiązany paskiem. Jak dawniej posiada głębokie kieszenie, klapy oraz sprzączki.
Za trencz trzeba zapłacić od ok. 8 tys. zł.

Gdzie kupisz płaszcz Burberry

 

W Polsce działało kilka salonów Burberry, w których kupić można było oryginalne płaszcze luksusowej marki. Niestety zamknięte zostały trzy salony działające w Warszawie, Poznaniu oraz Katowicach.
Asortyment marki dostępny jest w salonach Moliera 2 i Vitkac w Warszawie oraz w butiku Burberry na Lotnisku Chopina (Terminal 1) przy ul. Żwirki i Wigury 1.


Jeśli nie Burberry to co?

 

Trencze zbliżone w kroju do Burberry sprzedaje kilka znanych domów mody, również popularne sieciówki. Kroje zbliżone do Burberry znaleźć można w asortymencie sklepów Chanel, Dior, Versace, Tommy Hilfiger, Pepe Jeans, Calvin Klein, Zara, Mango, H&M.




Sos kurkowy z makaronem | Przepis


Nie mam pojęcia dlaczego, ale nie potrafię wyjść ze sklepu warzywnego bez pudełka świeżych kurek. Tak pięknie się do mnie uśmiechają. Co z nich robię? Choćby kurki z kurczakiem w sosie śmietanowym. Idealne z makaronem. Doskonałość na talerzu w przysłowiowe 10 minut.



Sos kurkowy z makaronem fot. SoShe.pl


Składniki

(dla 2-3 osób)
  • 250 g kurek
  • duża pierś z kurczaka
  • cebula
  • 200 ml śmietanki 12 proc. do zup i sosów (w wersji fit może być jogurt grecki)
  • sól himalajska 
  • biały pieprz 
  • łyżka oleju do smażenia (kokosowy, rzepakowy)
  • makaron (polecam pappardelle)

 

Sposób wykonania


Proste ciasto bananowe bez glutenu
Pierogi z jagodami 
Gdzie zjeść najlepsze kartacze na Suwalszczyźnie 
Bar Przystań - kultowe miejsce w Trójmieście 
Gdańsk, Sopot, Gdynia - Gdzie na rybę. Subiektywny przewodnik kulinarny  


Makaron gotujemy w osolonej wodzie zgodnie z przepisem na opakowaniu.
Cebulę drobno kroimy i szklimy na rozgrzanym oleju. Kiedy będzie miękka, dodajemy pokrojoną w kostkę pierś kurczaka. Mięso obsmażamy. Po ok. 3 minutach dodajemy oczyszczone i umyte kurki (nie kroję dużych kapeluszy) i smażymy wszystko ok. 5 minut. Kiedy grzyby są miękkie, wlewamy śmietankę, dodajemy do smaku sól, pieprz i wszystko razem dusimy ok. 5 minut.
Sos podajemy z makaronem. Smacznego!





Test | Wilkinson Hydro Silk i Wilkinson Sword Hydro Connect 5


Depilacja nie jest tematem wstydliwym czy wprawiającym w zakłopotanie, z czego można się tylko cieszyć. Sposobów na pozbycie się owłosienia jest cała masa, a znalezienie dobrej maszynki do golenia może nie graniczy z cudem, ale nie jest też tak proste, jakby się mogło wydawać. Postanowiliśmy więc zrobić damsko-męski eksperyment i przetestować dwie najnowsze maszynki firmy Wilkinson. Efekt (dla nas samych) okazał się zaskakujący.

 

Wilkinson Hydro Silk i Wilkinson Sword Hydro Connect 5 fot. SoShe.pl

 

Na pytanie, który sposób na pozbycie się zbędnego owłosienia jest najlepszy, nie ma jednej odpowiedzi. Każdy musi znaleźć tu własną drogę. Przez długie lata korzystałam z depilatora elektrycznego, aż w końcu (z niewiadomych powodów) jego używanie stało się mało komfortowe. Być może stałam się mniej odporna na ból? Skutecznym sposobem (dla kobiet i mężczyzn) jest też depilacja laserowa. Inni wybierają zabieg kremem czy woskiem. Nie znam jednak nikogo, kto korzysta z zabiegów i tym samym pozbywa się z domu maszynki do golenia. Podobnie jak inne kobiety, również ja korzystam z niej, kiedy bardzo się spieszę. Mój mąż używa jej regularnie. Co zrozumie, każde z nas oczekuje od tego niewielkiego urządzenia czegoś zupełnie innego. Ja nie mam zarostu, z którym muszą poradzić sobie nożyki, mąż nie goli włosów na nogach, w związku z tym, nie martwi się wrastającymi włoskami.

Wilkinson Hydro Silk

Model damski 

Wygląd: Maszynka ma ładny design. Przy ocenie jej skuteczności może być to mało istotne, ale umówmy się, nie jest to bez znaczenia. Ergonomiczny kształt sprawia, że maszynka nie wyślizguje się z ręki. Jest lekka i kobieca.

Skuteczność: Wyposażona w 5 ostrzy działa trochę jak samurajski miecz. Nic nie jest jej straszne. To zaleta nie do przecenienia. Drugą jest to, że golarka ma ruchomą główkę, która dostosowuje się do kształtu ciała. Dzięki temu pracuje szybciej niż np. jednorazowa maszynka i jest też skuteczniejsza. Takim sprzętem trudno się zaciąć.

Niewątpliwą zaletą maszynki jest też fakt, iż ułatwia golenie ciężko dostępnych miejsc, idealnie radzi sobie na nierównościach w okolicach bikini i pod pachami.

Wilkinson Hydro Silk fot. SoShe.pl

Wilkinson Hydro Silk fot. SoShe.pl


Pamiętajmy też, że depilacja maszynką może podrażniać skórę, dlatego lepiej wcześniej wziąć ciepły prysznic i wykonać peeling. Jednak nawet, kiedy nie mam czasu na wcześniejsze zabiegi, po goleniu maszynką Wilkinson Hydro Silk skóra nie staje się podrażniona czy wysuszona. Odczuwalne jest za to dobre, łagodzące jej działanie na skórę. Przyjemne uczucie nawilżenia czuć nawet jakiś czas po goleniu, i to bez użycia balsamu. Swoje zadanie wykonuje pasek wypełniony wysoko skoncentrowanym serum, w skład którego wchodzi masło shea.

Po maszynkę Wilkinson Hydro Silk powinny sięgnąć osoby ze skłonnościami do zapalenia mieszków włosowych lub innych podrażnień skóry. Po jej użyciu nie występuje pieczenie, zaczerwienienie skóry. Nie ma też nieszczęsnych krostek, występujących zwykle po depilacji.

Dokładność: Maszynka goli dokładnie, co jest największą jej zaletą. W moim przypadku wystarczyło jedno pociągnięcie, by poradziła sobie z powierzonym jej zadaniem. Znikały nawet najkrótsze włoski. Muszę jednak zaznaczyć, że te na moich nogach nie są zbyt wymagające.

Zestaw: Do maszynki Wilkinson Hydro Silk można dokupić zestaw trzech wymiennych ostrzy. Dostępna jest też w wersji jednorazowej.


Wilkinson Sword Hydro Connect 5

Model męski

Wygląd: Maszynka jest gustowna, w męskim stylu. Jest przy tym bardzo wygodna, dobrze układa się w dłoni.

Skuteczność: Pięć ułożonych jeden pod drugim ostrzy idealnie wykonuje swoją pracę. Maszynka podczas golenia nie zacina się, po skórze mknie gładko jak szybowiec. Docenią to panowie, dla których proces golenia bywa nieprzyjemnym obowiązkiem. Ruchoma głowica dostosowuje się do kształtu twarzy - jest przy tym stabilna, delikatna i skuteczna zarazem. Łatwo dostosowuje się do odpowiedniego kąta golenia, dzięki czemu łatwo nią golić miejsca trudniej dostępne - pod nosem czy baki.

Wilkinson Sword Hydro Connect 5 fot. SoShe.pl



To dobrej jakości narzędzie, które goli szybko, co pozwala zaoszczędzić sporo czasu. Poza tym maszynka łagodnie obchodzi się ze skórą, po każdym goleniu czuć przyjemne nawilżenie skóry. Swoje zadanie wykonuje żel, który aktywowany jest pod wpływem wody i uwalnia się za każdym razem, gdy maszynka wkładana jest pod wodę. Pasek nawilżający sprawia przy tym, że tarcie ostrzy o skórę jest minimalne.

Po kilkukrotnym użyciu nożyki wciąż są ostre, nie tępią się. Poza tym nie da się nią zaciąć, no chyba, że ktoś ma nadprzyrodzone ku temu zdolności.

Zużytą główkę zdejmuje się wygodnie - jednym przesuwającym się przyciskiem, nową zakłada się jednym kliknięciem, nie wyjmując nawet palcami z opakowania.

Dokładność: Dawno nie słyszałam takiego zachwytu nad tak prostym (zdawałoby się) urządzeniem. Jedno pociągnięcie maszynką dało radę pięciodniowemu zarostowi, co nie jest oczywiste przy innych golarkach. Krótko mówiąc, goli idealnie nawet twardy, kilkudniowy zarost. Skóra jest wyjątkowo gładka.

Zestaw: Nowe wkłady Wilkinson Sword Hydro Connect 5 pasują nie tylko do rączki naszej maszynki, ale też do wszystkich rączek Gillette Fusion. Warto mieć to na uwadze.


Reasumując

 

Oba modele (damski i męski) spisały się znakomicie. Dla kobiet to pomocne urządzenie, idealne w sytuacji awaryjnej. Dla mężczyzn sprzęt pierwszego wyboru - poręczny i skuteczny. Wśród zalet wyróżnia się design, opakowanie, komfort w użyciu, ostrza. Wad nie dostrzegam. Decydując się na nią różnicę odczują osoby, które miały wcześniej kontakt z jednorazówkami. Uwierzcie, znienawidzone golenie może stać się całkiem przyjemną czynnością. My zaprzyjaźnimy się z tym sprzętem na dłużej.


Sprzęt do testów dostarczył

http://www.soshe.pl












Placki z jabłkami | Przepis

 

Kupuję je na kilogramy, by w rezultacie wylądowały w ozdobnym koszyku i przez długie dnie były ozdobą kuchni. Fakt, że w swojej roli sprawdzają się znakomicie, ale zasługują przecież na lepsze miejsce. Ot, choćby w puszystych plackach. Przed Wami delikatne racuchy z jabłkowym nadzieniem, które rozpływa się w ustach.


Placki z jabłkami

Składniki

  • Pół szklanki dowolnego kefiru (lub maślanki)
  • Dwa jajka
  • Pięć czubatych łyżek mąki
  • Cztery jabłka
  • Łyżeczka cukru (u mnie trzcinowy)
  • Pół łyżeczki cynamonu
  • Pół łyżeczki proszku do pieczenia
  • Olej do smażenia (u mnie kokosowy)

 

Sposób wykonania

 

Proste ciasto bananowe bez glutenu
Pierogi z jagodami 
Gdzie zjeść najlepsze kartacze na Suwalszczyźnie 
Bar Przystań - kultowe miejsce w Trójmieście 
Gdańsk, Sopot, Gdynia - Gdzie na rybę. Subiektywny przewodnik kulinarny  

Jabłka obrać, usunąć gniazda nasienne i pokroić w grube plastry. Białka z jajek ubić na sztywną pianę. Z pozostałych składników zrobić ciasto. Jeśli będzie zbyt gęste, dodać nieco więcej kefiru. Ciasto powinno być gęstsze niż na naleśniki. Do gotowego ciasta dodać ubitą wcześniej pianę z białek i bardzo delikatnie wymieszać.
Na patelni rozgrzać olej. W cieście maczać krążki jabłek i smażyć z każdej strony aż będą rumiane. Podawać z miodem i miętą. Dobrze smakują też posypane cukrem pudrem lub z jogurtem greckim.
Smacznego!


Miejsca z klimatem | Bieszczady. Dom Malowany



Są niezwykłe i inspirujące. Opowiada się o nich trochę jak o bajkowej krainie, która jest gdzieś daleko, za siedmioma górami i równie wieloma lasami. Właśnie tu uciekają mieszczuchy, by choć na chwilę oderwać się od przyziemnych spraw. Takie właśnie są Bieszczady. Dzisiejsza opowieść będzie o Domu Malowanym, miejscu równie pięknym, jak region, w którym się znajduje.

 

fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl


Bieszczady nie idą z duchem czasu. W większości restauracji czy miejsc do spania króluje duch lat 90. Mają swój klimat, ale to raczej bajka dla koneserów. Nieźle się trzeba naszukać, żeby znaleźć miejsce z magiczne, z duszą. Jednak przy odrobinie szczęścia, jest to możliwe. Swoją bieszczadzką sielankę znalazłam przypadkiem i wpadłam po uszy. Zakochałam się na zabój. Dom Malowany w Przysłupiu wart jest tego uczucia.


Malowniczy Przysłup to Bieszczady Wysokie. Tuż obok na 1153 ponad poziom morza wyrasta góra Jasło. W Majdanie koło Cisnej startuje Bieszczadzka Kolej Leśna, a do Chaty Wędrowca w Wetlinie jeździ się na najlepszego w Polsce naleśnika giganta.

Żeby trafić do Domu Malowanego, trzeba zjechać z głównej drogi, z Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej. Jadąc od Cisnej skręcamy w prawo, potem kolejne 700 metrów i jesteśmy na miejscu. Przed oczami wyrasta nam biały dom, przypominający nieco dworek Barbary i Bogumiła z filmu "Noce i dnie". Frontową ścianę ozdabiają kolumny i drewniane okiennice. Dookoła kwitną kwiaty. Wiejski styl w najlepszym tego słowa znaczeniu. Wszystko jest nowe, czyste i zadbane.

Magiczne miejsca w Polsce
Hobbitowe Wzgórza - wyjątkowy nocleg a Kaszubach
Zalipie - najpiękniejsza polska wieś 
Bar Przystań - kultowe miejsce w Trójmieście 


fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl


W głównym domu na parterze znajduje się kuchnia. Czuć tu dbałość o detale. Jest ciepło i przytulnie. To tu gospodarze podają domowe śniadania i obiadokolacje. Jest pachnący chleb wypiekany w piecu opalanym drewnem, do którego serwuje się tu wędliny oraz boczki ze swojej wędzarni. Specjalnością tego miejsca jest golonka zapiekana w chlebie, cebularze, drożdżowe ślimaki z kapustą, posypane czarnuszką, parowańce z jeżynami, nawet swojska pizza. Są też domowe lody jagodowe prosto z bieszczadzkich jagód albo tort bezowy z truskawkami. Wyliczanka sugerowałaby, że gospodarze prowadzą restaurację, jednak nic z tych rzeczy. Po prostu dobrze karmią swoich gości, dbając o urozmaicenie codziennego menu. Kuchnia serwuje nie tylko coś dla ciała, ale też dla rozkosz dla oczu. Z jej okien i znajdującego się przy niej sporej wielkości tarasu widokowego, rozciąga się widok na bajkowe bieszczadzkie wzniesienia.

fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl


Na pierwszym piętrze stylowego domu są pokoje. Jest ich kilka. Jeśli chcecie, by wasz pobyt był wyjątkowy, wybierzcie 2-osobowy apartament. Pokój ma ponad 40 m kw., posiada z aneks kuchenny, łazienkę, klimatyzację, telewizor oraz ogromne, panoramiczne okno serwujące widok na połoniny. Właśnie to okno na cały czas naszego pobytu w tym miejscu, zastąpiło nam telewizor, komputer, smartfon i wszystko to, od czego człowiekowi z miasta trudno się oderwać. Zapewniam, że ze scenerią, jaką serwuje, nigdy dotąd się nie budziliście. I nigdy nie zasypialiście przy równie bajecznych zachodach słońca. Ścieżki w oddali przemierzają turyści, spacerują sarny, nawet żubry. Górskie wzniesienia porośnięte gęstymi lasami są dla nich wyjątkowym tłem.

Dom Malowany to też apartamenty i sześcioosobowe domki, każdy wyposażony w kilka łóżek, kuchnię, łazienkę oraz kominek. W jednym z domków jest sauna. Tuż za domkami, na terenie obiektu płynie, górski potok, będący wisienką na torcie. Właśnie tu gospodarze organizują dla swych gości ogniska.


fot. SoShe.pl

fot. SoShe.pl
fot. SoShe.pl

Dom Malowany to niezapomniane smaki i zapachy, piękne widoki oraz cudowna, rodzinna atmosfera. To też fantastyczna lokalizacja, świetna baza wypadowa na górskie wędrówki. Idealne miejsce na weekend lub na kilka dni urlopu. Na koniec jedna uwaga - nie można tu przyjechać ze zwierzętami. I tylko tego żałuję.

Adres
Dom Malowany
Przysłup 16
38-608 Wetlina



fot. SoShe.pl



Ciasto ze śliwkami

Jeśli jesteście na bieżąco z moimi przepisami, zauważyliście, że w przygotowywaniu dań staram się nie przemęczać. Przepisy są proste, szybkie w wykonaniu, a efekt zawsze (przynajmniej mnie) zadowalający. Od tego ciasta ze śliwkami nie mogłam się odkleić. Dosłownie. Jadłam bez opamiętania. Uprzedzam więc lojalnie, że uzależnia.


Ciasto ze śliwkami fot. SoShe.pl

Składniki

50 g. oleju (u mnie kokosowy)
4 całe jajka
200 g. cukru (lub mniej, zależnie od preferencji). Może być też ulubiony zamiennik cukru
200 g. mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
śliwki

Sposób wykonania

 

Proste ciasto bananowe bez glutenu
Pierogi z jagodami 
Gdzie zjeść najlepsze kartacze na Suwalszczyźnie 
Bar Przystań - kultowe miejsce w Trójmieście 
Gdańsk, Sopot, Gdynia - Gdzie na rybę. Subiektywny przewodnik kulinarny  

 

Białka oddzielamy od żółtek. Żółtka ubijamy z cukrem na puszystą masę (najlepiej mikserem), po czym dodajemy olej, mąkę i proszek do pieczenia. Na koniec dodajemy ubitą pianę z białek i na tym etapie delikatnie mieszamy łyżką. Masę wylewamy do foremek i ciasno układamy na nich owoce. Silikonowych foremek nie smarujemy, inne powinny być posmarowane tłuszczem i posypane bułką tartą. Pieczemy ok. 40 minut w temp. 180 st C. Z tego przepisy wychodzą też świetne muffinki. Przy ich wykonaniu czas pieczenia skracamy do ok. 15 minut. Smacznego!

Wiskoza | Co to za materiał? | Czy należy jej się obawiać?



Nie jest niszowym materiałem. Wręcz przeciwnie, wiskoza staje się materiałem powszechnym. Coraz częściej znajduje się w składach ubrań i coraz więcej o nią pytań. Co to za materiał? Czy wiskozy należy się obawiać? Z czego właściwie się składa? Poniżej znajdziecie odpowiedzi dotyczące tych kwestii.


Wiskoza jest często niedoceniana. Tymczasem jest uniwersalna, wielofunkcyjna i tania fot. SoShe.pl

Wykorzystują ją sieciówki i znani projektanci. Często stosowana jest przez marki premium

Składniki do jej wykonania pozyskuje się z roślin. Tkanina produkowana jest z celulozy drzewnej (najczęściej z brzozy, świerku lub sosny), w 100% naturalnej i zdrowej dla skóry. Dlaczego więc wiskoza klasyfikowana bywa jako syntetyk? Chodzi o silne środki chemiczne, jakie wykorzystuje się podczas wieloetapowego procesu jej produkcji.

W zależności od sposobu produkcji, wiskoza może imitować jedwab, bawełnę, wełnę, nawet poliester. Różne cechy materiału, jakie uzyskuje podczas wytwarzania sprawiają, że może być wykorzystywany do odzieży o różnym przeznaczeniu.

Zalety wiskozy

Wiskoza jest często niedoceniana. Tymczasem jest uniwersalna, wielofunkcyjna i tania. To jej największe zalety. Jest też komfortowa w noszeniu, a to sprawia, że jest popularna i chętnie noszona. Materiał porównywalny jest z innymi naturalnymi materiałami (bawełna, jedwab czy wełna), jest równie przyjazna i komfortowa w noszeniu. Poza tym to materiał hipoalergiczny, który nie uczula.
Nie brakuje głosów, że materiał wygrywa w porównaniu z bawełną. Prawda jest jednak taka, że każda dzianina charakteryzuje się czymś innym, co sprawia, że sprawdza się w innych zastosowaniach.
Wiskoza jest miękka i przyjemna w dotyku, niezwykle przewiewna i przyjazna dla skóry. Idealnie sprawdza się w ciepłe dni. Szczególnie wygodne są wykonane z wiskozy bluzki czy sukienki.



Poliester. Materiał, który lepiej omijać z daleka 
Akryl - czy ten materiał jest bezpieczny?
Wełna dziewicza - idealny wybór?
Poliamid (nylon) - co to za materiał? 
Kaszmir - luksusowa wełna


fot. SoShe.pl

Naturalne włókna celulozowe pozwalają skórze oddychać, pomagają dbać o jej komfort. Pomagają regulować temperaturę ciała. Idealnie chłoną też wilgoć (lepiej niż bawełna), materiał doskonale pochłania pot i odprowadza go z powierzchni skóry. Jest też bardzo higieniczna, dlatego często wykorzystują się ją do produkcji bielizny, wygodnych i przewiewnych piżam czy koszulek nocnych, które podczas snu pozwalają uniknąć uczucia gorąca.

Przy produkcji ubrań wiskozę miesza się z innymi włóknami. Może być to bawełna, wełna, jedwab lub poliester. Nie zdziwmy się więc, kiedy wiskoza będzie wymieniona na metce marynarki, wełnianego swetra swetrach czy czapki. Znajdziemy ją też w składzie "inteligentnej" odzieży sportowej.


Wady wiskozy

Wiskoza niepozbawiona jest wad. Przede wszystkim bardzo łatwo się gniecie, przez co może wyglądać mało estetycznie. Wilgotna traci wytrzymałość i bywa podatna na różnego rodzaju odkształcenia. Pod wpływem wilgoci materiał może też pleśnieć. Niezbędne jest więc odpowiednie suszenie. Przed schowaniem np. do szafy,  ubrania z wiskozy powinny być całkowicie suche.
Tkanina często elektryzuje się.


Jak prać wiskozę?

Jedną z wad wiskozy jest też to, że podczas prania w zbyt gorącej wodzie może ulec skurczeniu albo rozciągnięciu. Również od wirowania jej włókna mogą stracić pierwotna formę. Jak się przed tym ustrzec? Prać w temperaturze 30, maksymalnie 40 stopni, w proszku to delikatnych tkanin. Najbezpieczniej jednak ubrania z wiskozy prać ręcznie.


Jak prasować wiskozę?

Fatalnie na wiskozę może zadziałać nieodpowiednie prasowanie, dlatego zalecane jest prasowanie materiału w bardzo niskiej temperaturze, najlepiej na lewej stronie.