Kultura,

Muzyka. Co z tym winylem?

stycznia 20, 2017 So She 0 Comments


No właśnie. Tytułowe pytanie pada dość często w rozmowach nie tylko fanów muzyki, bo zewsząd dochodzą informacje, że czarne płyty powróciły, a przecież miały już definitywnie pożegnać się z naszym światem. A jednak nie. Są z nami i cieszą się sporym zainteresowaniem.



Według najnowszych danych ekonomicznych, na świecie winyle mają się sprzedać w 2017 roku za sumę bliską 900 milionów dolarów (dane wg Deloitte). Kto wie, może padnie magiczny 1 miliard zielonych! Kto by pomyślał! W świecie, w którym rządzi cyfra i streaming, komuś przypomina się relikt dawnych czasów – tak bardzo nieporęczny, kruchy, uciążliwy. Winylomanię zauważyły sklepy. Półki z czarnymi krążkami w niektórych z nich mają już tyle samo miejsca co te z krążkami srebrnymi. Okazuje się dzisiaj, że płyta CD jakby straciła tę swoją moc, w latach 80., a przede wszystkim na początku lat 90. totalnie zawojowała rynek, bo według słuchaczy była bardziej poręczna, miała lepszą jakość dźwięku (oj, nieprawda!) i nie niszczyła się tak szybko (tu akurat prawda). 

 
Są i tacy maniacy, którzy dla samych trzasków winyla dadzą się pociąć



Więc co w tym winylu jest takiego, że nagle wrócił? Każdy meloman pewnie ma inną odpowiedź. Dla mnie osobiście największy urok ma fizyczna, wizualna strona: coś jak w drukowanych, a nie cyfrowych książkach; cieszysz się okładką, czujesz specyficzny zapach. No dobra, ale nie kupuję przecież płyt dla samych okładek. To byłoby zbyt szalone. Jasna sprawa. Muzyka z winyla faktycznie możesz kogoś drażnić (tak właśnie przegrała z płytą CD), że w trakcie odsłuchu mamy do czynienia z trzaskami (czasem są bardziej słyszalne, czasem mniej, czasem w ogóle ich nie słychać). Są i tacy maniacy, którzy dla samych trzasków dadzą się pociąć, kochają je i basta! Więc dla mnie z trzaskami jest jak ze wszystkim: o ile nie są przegięte to jest dobrze. Szczególnie jeden trzask mnie zawsze urzeka – ten, gdy igła opada na krążek za pierwszym razem. Tu i ja mam zawsze ciarki.



Czytaj też
KSIĄŻKI. Kiedy wszystkiego jest za dużo 
David Bowie. Nowa trylogia berlińska
Najlepsze płyty 2016 roku



Magia winyla to sam dźwięk muzyki (nie mówimy już o trzaskach). Jest on bardziej "żywy", "głęboki". Wysokie tony są naprawę wysokie, a niskie są naprawdę niskie. Na płycie kompaktowej nie udało się odtworzyć tej jakości znanej z winyla. Rzecz jasna mówimy tu o wartościach, które będą słyszalne dla osób z wyjątkową wrażliwością dźwiękową. Przeciętny zjadacz muzyki pewnie nie usłyszy różnicy. Ja niestety (albo chyba jednak "stety") tę wrażliwość mam, więc czarne płyty uwielbiam (żeby nie było, CD są dla mnie równie ważne, poza tym są dużo tańsze, więc by nie zbankrutować, a nie być pozbawionym fizycznego nośnika w domu, kupuję i winyle, i kompakty).


Cieszysz się okładką, czujesz specyficzny zapach. Taki jest winyl


Jest jeszcze jeden aspekt magii winyla – to klimat. Streaming jest na szybkie życiowe tempo, CD jest w sam raz na tempo średnie, za to płyta winylowa jest na powolną celebrację muzyki, która nabiera wówczas innego wymiaru. Winyl jest na taką chwilę, gdy możesz spokojnie rozsiąść się w fotelu i nic nie robić, tylko patrzeć na kręcącą się na gramofonie płytę. Zresztą, najlepiej uczucia wobec czarnej płyty wyjawił zespół Pearl Jam jeszcze w połowie lat 90. w utworze pod wszystko mówiącym tytułem "Spin The Black Circle". Wtedy Eddie Vedder i spółka jeszcze przegrali w walce o przywrócenie do łask winyla, ale dzisiaj są na pewno zachwyceni światem muzycznym, który sam poszedł po rozum do głowy i czarne krążki przywrócił.

Waldemar Ulanowski

0 komentarze: