Dean,

James Dean - król życia

lutego 08, 2017 So She 0 Comments

Dziewczyny piszczały, kiedy pojawiał się na ekranie. Stał się bodaj najsłynniejszym "niegrzecznym chłopcem" i buntownikiem, jakiego stworzyło kino. James Dean wciąż żyje w swojej legendzie.

 

Po swojej przedwczesnej, tragicznej śmierci stał się legendą światowego kina i ikoną popkultury. Kiedy odszedł, miał zaledwie 24 lata i trzy kinowe hity na koncie.

 

James Dean - legenda, która zaczęła żyć własnym życiem


Na ekranie debiutował w 1950 roku w reklamie Pepsi. Później wystąpił w kilku serialach i sztukach teatralnych. W sumie zdążył zagrać w zaledwie 7 filmach, a istotne kreacje stworzył w zaledwie trzech. Jednak to wystarczyło, by zyskać międzynarodową sławę. "Na Wschód od Edenu", "Buntownik bez powodu" i "Olbrzym" sprawiły, że na zawsze zapisał się w historii kina.
Tuż po realizacji "Olbrzyma" Dean zginął. Zderzył się z innym samochodem, gdy jechał w swoim nowym nabytku: srebrnym samochodzie wyścigowym Porsche 550 Spyder. Jechał na start wyścigu, w którym miał wziąć udział. 30 września 1955 roku świat stracił doskonale zapowiadającego się aktora.

Czy taki scenariusz na życie był mu pisany? Kochał motoryzację, pochłaniała go od najmłodszych lat, ale igrał też z losem.
- Jeśli będziesz miał wypadek, pokiereszujesz sobie twarz. To może nie jest tragedią w wypadku innego zawodu, ale jako aktor będziesz miał poważne trudności, żeby sobie bez niej poradzić - ostrzegał go Marlon Brando, kiedy Dean wsiadał na motor, opierał ręce na biodrach i rozpędzając się do maksymalnej prędkości.

Buntownik bez powodu


Urodził się 8 lutego 1931 roku. Był oczkiem w głowie swojej matki, jednak wcześnie musiał stać się niemal samodzielny. Jako 9-latek został przez nią osierocony, dorastając od tej pory pod opieką wujostwa na farmie w Indianie. Wysłał go tam ojciec, z zwodu technik dentystyczny.

Jako nastolatek wyruszył na podbój Hollywood. Potencjał przystojnego i obdarzonego charyzmą aktora został szybko dostrzeżony i wykorzystany. Doceniano młodego chłopaka i wydawało się, że on sam nie osiadł na laurach. W 1952 roku postanowił szkolić warsztat w słynnym nowojorskim Actors Studio Lee Strasberga, do którego w tym czasie należeli też Marlin Brando i Julie Harris. Zdał za pierwszym razem - Al Pacino został przyjęty za trzecim, Dustin Hoffman za siódmym razem. Dean grał na Broadwayu, zdobywając coraz większe rzesze fanek i fanów, z mocną przewagą fanek. Zapewne nie zdawały sobie sprawy, że Jimmy niezbyt dba o higienę i głośno beka po skończonym posiłku.

Już na premierze "Na wschód od Edenu" wiadomo było, że narodziła się nowa gwiazda. Idol, którego pokochała Ameryka. Był przystojnym, młodym mężczyzną. Dziewczyny marzyły o chłopaku podobnym do Deana, chłopcy się na niego stylizowali.

Później był "Buntownik bez powodu" z 1955 roku, jeden z najgłośniejszych filmów dekady. Dean w roli nastolatka sprzeciwiający się wszystkiemu i wszystkim, stał się sztandarowym symbolem ówczesnych "młodych gniewnych". Zapewne dlatego, iż po raz pierwszy na ekranie tak szeroko zaprezentowano temat dojrzewania.

Ostatnim jego filmem był "Olbrzym" (1956) z Elizabeth Taylor u boku. Aktorzy zaprzyjaźnili się, Liz wiele o nim wiedziała. Podczas jednego z wywiadów, w 1997 roku zwierzyła się dziennikarzowi Kevinovi Sessumowi, zastrzegając, że historię może poznać świat dopiero po jej śmierci:
- Kiedy zmarła jego matka, znajomy pastor zaczął go molestować. Myślę, że to nie dawało mu spokoju przez całe życie. W sumie to wiem, że tak było. Dużo o tym rozmawialiśmy. Kiedy kręciliśmy "Olbrzyma", nie spaliśmy całymi nocami, tylko rozmawialiśmy i rozmawialiśmy - opowiadała Liz Taylor.

Ikona na wieki


Jak to się stało, że Dean wyrósł na obiekt kultu i przedmiot fascynacji wielu pokoleń?
Dean zginął w wypadku samochodowym, a jego śmierć była dla wielbicieli wstrząsem. I choć w tym miejscu zapewne zabrzmi to brutalnie, nic tak nie pomaga w osiągnięciu statusu legendy popkultury jak nagłe odejście z tego świata. Legenda zaczyna żyć własnym życiem. Tak się stało z Deanem, do dziś uosabiającym symbol buntu dla kolejnych pokoleń nastolatków.

0 komentarze: