Kultura,

Najlepsze zagraniczne płyty 2017 roku

grudnia 30, 2017 So She 0 Comments

 

Nadszedł czas na muzyczne podsumowanie 2017 roku. Dobrych płyt na rynku nie zabrakło, wśrod nich wyróżniło się kilka. Oto one.

Najlepsze płyty 2017 roku
fot. SoShe.pl


Czytaj też
Najlepsze polskie płyty 2017
Najlepsze płyty 2016
David Bowie. Nowa trylogia berlińska 
Miastofonia | Dźwiękowa mapa Gdyni
Depeche Mode. Tu nie będzie rewolucji
 

1. LCD Soundsystem „American Dream”

Najlepsze płyty 2017 roku
fot. SoShe.pl
Nic mnie tak nie poruszyło w tym roku, jak właśnie czwarty album grupy Jamesa Murphy’ego. I powiedziałem to już w momencie ukazania się płyty 1 września br., że będzie to – jak dla mnie – najlepszy krążek 2017. Mimo że wówczas do końca roku zostały bite 4 miesiące, nic w tym temacie się nie zmieniło. Powiem więcej. Żaden inny zespół czy wykonawca nawet nie zbliżył się do wracającego po 6 latach od rozwiązania LCD Soundsystem. Tak, to prawda, że ten zespół nigdy nie nagrał złej płyty. Wcześniejsze trzy to majstersztyki. Ale „American Dream” to opus magnum tej grupy. To dzieło epickie, jakiego w obecnych czasach już się praktycznie nie nagrywa (prawie 70 minut muzyki!). Dla kogoś, kto wychował się na dźwiękach z lat 80. będzie to niezwykła podróż w czasie.  Sporo tu bowiem synthpopu, elementów new romantic (szczególnie słychać je w tytułowym, wolnym nagraniu), a z jeszcze wcześniejszych czasów post-punkowe jazdy (jak zbliżone w brzmieniu do Joy Division „Emotional Haircut”). Całość oblana została nowoczesną, taneczną elektroniką, aby nie było wątpliwości, że album powstał w 2017 roku, a nie 1982.  Polecam słuchać z wydania na podwójnym winylu, aby sentyment był jeszcze większy.

2. The Afghan Whigs „In Spades”


Z drugim miejscem w tym roku też nie miałem problemu. Tak jak James Murphy jest geniuszem, tak i wiele mu nie ustępuje Greg Dulli (dla niezaznajomionych z tematem, nie tylko odpowiedzialny za kultowe The Afghan Whigs, ale też niesamowite The Twilight Singers oraz The Gutter Twins). W tym roku obaj panowie stworzyli swoje najlepsze dzieła. I choć Murphy nie szczędził materiału (jak już wyżej pisałem, nagrał prawie 70 minut muzyki), tak Dulli dał nam tylko 36 minut. A jeśli jeszcze odjąć prawie 3-minutowy „Birdland”, który nieszczęśliwie otwiera „In Spades” (naprawdę kompletne nieporozumienie, zawsze zaczynam słuchać tej płyty od numer dwa), to mamy niewiele ponad pół godziny grania. Ale to wystarczy, by rozwalić głowę i nie dać odejść tym dźwiękom. Dulli jak zwykle potrafi przyłożyć („Copernicus”, „Arabian Heights”), ale i wzruszyć („Toy Automatic”, „I Got Lost”). I tak naprawdę klimat nagrań nie ma znaczenia, bo całość jest wielce pasjonująca. Jedyny zarzut to właśnie czas trwania płyty. Ale to jest właśnie komplement.

3. Kamasi Washington „Harmony of Difference”


Okej, wiem, że to EP-ka, a nie long play. I co z tego? Pełnoprawny album wyżej wymienionych The Afghan Whigs trwa 36 minut, a „Harmony of Difference” Kamasiego Washingtona tylko 4 minuty krócej. Poza tym historia muzyki już zna takie EP-ki, które były traktowane jak „normalne” albumy, a i cenione często wyżej w dyskografiach (jak choćby „Broken” Nine Inch Nails). Okej, wiem też, ile kontrowersji wzbudza Washington. Są tacy, którzy mają go niemalże za hochsztaplera (sic!) współczesnego jazzu. Ha! Faktycznie, stworzyć coś tak wielkiego jak „The Epic” (prawie 3 godziny muzyki!) to rzecz nie do ogarnięcia. Można się faktycznie pogubić i zacząć podejrzewać artystę o niecne czyny. Nie wykluczone więc, że dlatego po dwóch latach od – nomen omen – epickiego debiutu Washington obdzielił nas tylko półgodzinną dawką muzyki. Jakby chciał powiedzieć „zobaczcie, jestem tylko człowiekiem”.  Ja to kupuję. I słucham namiętnie.
 

4. Depeche Mode „Spirit”



Przyznam, że zaskoczyły mnie reakcje na „Spirit”. Rzecz jasna nie spodziewałem się jakiegoś wielkiego poruszenia. W końcu to już czternasta studyjna płyta panów z Basildon. Jednak w sieci poszedł taki „hejt”, że tym bardziej postanowiłem skupić się na nowych nagraniach Depeche Mode (czego, przyznam uczciwie, nie robiłem już od dawna, bo dla mnie złota era „depeszów” skończyła się definitywnie wraz z ostatnimi dźwiękami magicznego utworu „Clean” na „Violator”). I może właśnie ten skowyt internautów był dla mnie zbawieniem, bo „Spirit” mnie najzwyczajniej w świecie urzekł. Już dawno nie słyszałem tak dobrego „openera”, jakim jest singlowy „Going Backwords”. Toż to otwieracz na miarę „World In My Eyes” czy „Never Let Me Down Again”! Dobór pozostałych singli też należy uznać za trafny (trochę za bardzo upolityczniony „Where’s The Revolution” to muzycznie klasyczne DM, a „Cover Me” z kolei kładzie na łopatki transowością, której już dawno u Depeszów nie było). Ostatni raz Gahan i spółka tak dobrze grali na „Playing The Angel”. Poważnie!

5. Gizmodrome „Gizmodrome”


Z supergrupami to zazwyczaj jest… różnie. Mówiąc piłkarskim żargonem, nie zawsze nazwiska grają. Ale nie tym razem. Gizmodrome to trzy naprawdę wielkie gwiazdy (Stewart Copeland z The Police, Adrian Belew m.in. z King Crimson oraz Mark King z Level 42) oraz Vittorio Cosma, którego – szczególnie w Polsce – trudno uznać za wielką gwiazdę (pojawienie się na płycie „Miss Baker” włoskiej progrockowej legendy Premiata Forneria Marconi to jednak za mało). Ale to Cosma, którego do Gizmodrome ściągnął Copeland, rozdaje tu karty, chociaż największą radość ze słuchania albumu sprawia gra perkusisty „Policjantów”. I też najwięcej w muzyce Gizmodrome śladów The Police. Ale tylko śladów, żebyście nie pomyśleli, że pobrzmiewają tam wielkie echa „Roxanne”. Trochę żal wycofanego Belewa, co nie zmienia faktu, że to świetna płyta!

Waldemar Ulanowski

0 komentarze: